Dojrzewanie seksualne

Z zagadnień etyki seksualnej

Przeżycia seksualne należą do jednych z najsilniejszych doznań ludzkich. Mogą być one źródłem wielkiej radości, szczęścia (nie bój­my się tego trochę poetyckiego określenia), ale mogą być także źródłem cierpienia, bólu i tragedii. W miłości można ludziom da­wać wiele, największe wartości, ale i poprzez seks można ludzi wyjątkowo sponiewierać, upodlić, poniżyć.

Aktywność seksualna prawie zawsze dotyczy przynajmniej dwu osób. Ma więc ona wymiar działania społecznego. Społeczeństwo może i musi chronić dobro człowieka, może i powinno zabezpieczać ludzi przed krzywdą. I czyni to poprzez normy prawne. Każde pań­stwo reguluje problemy aktywności seksualnej przepisami praw­nymi.

Żadne przepisy prawne jednak nie mogą regulować zbyt szcze­gółowo ludzkich zachowań. Ludzie w swym postępowaniu muszą kierować się również zasadami nadrzędnymi: etyką i moralnością. Zasady te, przyjęte przez ludzi jako swoje, jeżeli są przestrzegane w praktyce, stają się dopiero podstawą współżycia ludzkiego, praw­dziwą gwarancją dobra jednostki i społeczeństwa.

Każde społeczeństwo formułuje zasady etyki płciowej. Najczę­ściej są to reguły głoszone przez religie. W przepisach i wskaza­niach prawie wszystkich religii istnieją mniej lub bardziej ścisłe za­lecenia i nakazy. Przestrzeganie ich jest obowiązkiem wyznawców określonej wiary, bywa zresztą także strzeżone i kontrolowane. Odstępstwa od tych zasad bywają niekiedy karane.

W naszej kulturze przez wieki panowały zasady etyki oparte na zasadach głoszonych przez Kościół katolicki. Niestety, zasady te mają charakter bardzo restrykcyjny i opierają się na zdecydowa­nej niechęci do seksu. Oczywiście, na przestrzeni wieków wiele się zmieniło, ale czytając niektóre dzieła odnosi się wrażenie, że właś­ciwie najlepiej byłoby, gdyby ludzie w ogóle nie prowadzili życia seksualnego, a jeśli już koniecznie, to tylko w małżeństwie i tylko po to, by płodzić potomstwo. Inna rzecz, że nawet oficjalni przed­stawiciele tej doktryny w kontaktach indywidualnych wykazywali zawsze więcej zrozumienia i tolerancji dla ludzkich potrzeb i sła­bości.

Badania Kinseya, o których już wielokrotnie wspominałem, wniosły wiele ciekawych stwierdzeń. Między innymi okazało się, że w Stanach Zjednoczonych lat czterdziestych praktyczne prze­strzeganie zasad etyki religijnej było co najmniej wątpliwe. Podob­ne wyniki uzyskali autorzy badający życie seksualne młodzieży w latach siedemdziesiątych w Polsce: okazało się, że nawet ci, którzy deklarowali się jako wierzący i praktykujący, w zakresie zachowań seksualnych daleko odbiegali od wskazań wynikających z doktryny, więcej, nie uznawali tego za zło.

Jak więc widać, jest podstawa do przyjęcia poglądu, który intui­cyjnie zawsze był odczuwany, że w zakresie erotyki istnieją dwa niezależne jakby nurty zasad moralnych: jeden, oficjalny, restryk­cyjny, ograniczający i zakazujący (w praktyce nie przestrzegany) i drugi, nie głoszony oficjalnie, ale sygnalizowany w literaturze, a co ważniejsze — realizowany w praktyce. Jest on znacznie bar­dziej liberalny, przyzwalający. Tytko że rzadko formułowany i gło­szony w sposób jawny.

Ludzie, zwłaszcza młodzież, domagają się jasności, pytają nie­kiedy wprost naiwnie: co wolno, a czego nie, jak postępować i co sądzić o postępowaniu innych.

Zanim przejdę do przedstawienia poglądów filozofów laickich, chciałbym uczynić zastrzeżenie. Uważam, że jeżeli ktoś deklaruje swą przynależność do określonej grupy wyznaniowej, to obowiązu­ją go zasady tam głoszone. Jeżeli je narusza, to jest nieuczciwy. Albo je trzeba przestrzegać w praktyce, albo odrzucić i nie dekla­rować swej przynależności do głoszącej je religii.

Etycy świeccy długo wykazywali powściągliwość w wypowia­daniu się na temat etyki seksualnej. Ostatecznie jednak życie było silniejsze niż ich opory i jakby na zamówienie społeczne dokonali pewnych sformułowań. Oficjalnym dokumentem w tym zakresie jest opublikowane przez Zarząd Główny Towarzystwa Planowania Rodziny „Stanowisko w sprawie etycznych podstaw wychowania seksualnego”.

Laiccy filozofowie uważają f że życie seksualne ma spełniać do­niosłą rolę w życiu człowieka, może i powinno być dla niego źród­łem szczęścia, satysfakcji. Podkreśla się niekiedy, że dobrze ułożo­ne i akceptowane społecznie życie seksualne może być źródłem odczucia szczęścia nie mniejszym niż warunki ekonomiczne, praca zawodowa itp. Z tego, humanistycznego w swym założeniu kanonu, wynika wniosek: człowiek ma prawo do szczęścia, ma prawo pro­wadzić życie seksualne i korzystać z szansy, jaką mu ono stwarza.

Tak ogólny wyznacznik komplikuje jednak wiele zagadnień. Bo weźmy na przykład zagadnienie dewiacji seksualnych. Okazuje się, że jeżeli uprawiając na przykład fetyszyzm człowiek czerpie z tego satysfakcję, to takie zachowanie jest poza negatywną oceną moral­ną. Istnieje też jeszcze inny ważny wyznacznik. Etyczne i aprobo­wane jest takie zachowanie, które nie krzywdzi nikogo. Fetyszysta nikogo nie krzywdzi, jest więc moralny. Uznajemy, że może być moralne i akceptowane życie seksualne dwojga młodych, którzy świadomie tego chcą, a może być niemoralne współżycie w mał­żeństwie, jeżeli na przykład mąż zmusza żonę do jakiejś techniki współżycia, której ona nie akceptuje. Tak więc ograniczeniem do­wolności zachowania w drodze do osiągania szczęścia, satysfakcji jest stosunek do innych ludzi. Nikogo nie wolno krzywdzić.

Normatywy moralne oparte na tych zasadach są bardzo ogólnie sformułowane i bardzo liberalne. I to jest, moim zdaniem, słuszne. Ponieważ w Polsce najczęściej spotykamy się ze stanowiskiem ety­ków katolickich, spróbujmy wypunktować różnice w poglądach na najważniejsze sprawy.

Katolicy konsekwentnie głoszą pogląd, że współżycie ma służyć tylko i jedynie nadrzędnemu celowi, jakim jest prokreacja. Każde współżycie, które w założeniu wyklucza możliwość ciąży, jest więc uznawane za niezgodne z zasadami etyki katolickiej. Dlatego wy­klucza się możliwość uprawiania dewiacyjnych form (homoseksu­alizm jako niezgodny z celem biologicznym współżycia jest niemo­ralny), ale także i antykoncepcję, która jest przez Kościół niedoz­wolona.

Laicy twierdzą, że człowiek ma prawo realizować swój popęd wykluczając prokreację, a o wartości związku (z punktu widzenia moralnego) nie decyduje to, czy w wyniku jego ma być i będzie potomstwo, ale to, czy jest to związek, w którym szanuje się dobro partnera jako najwyższą wartość.

Dlatego może być moralne współżycie homoseksualistów (jeżeli jest to świadomy i dobrowolny związek), a niemoralne pożycie w małżeństwie, gdzie na przykład częste porody niszczą zdrowie kobiety, a liczne potomstwo pozostaje bez należytej opieki.

Antykoncepcja to dla kobiety szansa dowolnego i świadomego decydowania o najważniejszym — o życiu potomstwa. Antykon­cepcja jest sama w sobie obojętna moralnie, natomiast może stać się podstawą wyższej formy współżycia, wolnej od lęku, stwarza­jącej szansę koncentracji uwagi kobiety na doznaniach erotycz­nych, a przeto zwiększającej możliwość pełnego przeżywania.

Etycy katoliccy uznają jako jedynie dopuszczalną formę współ­życia seksualnego stosunki seksualne w małżeństwie (rozumiejąc to dość formalnie jako związek usankcjonowany przez Kościół). Oczywiście Kościół ma prawo wymagać tego od swych wyznawców, a laiccy seksuolodzy uznają dopuszczalność związków wolnych, nie sankcjonowanych urzędowo. Ich wartość moralna nie zależy od formalności. Stąd nie odrzucamy jako niemoralnego przedmałżeń­skiego życia seksualnego, widząc w tym niebezpieczeństwa, ala także i zalety.

Katolicy odrzucają rozwód jako niemoralne rozwiązanie kon­fliktu. My sądzimy, że rozwód jest zawsze rzeczą przykrą, czasami tragiczną, ale niekiedy jest jeszcze gorzej, jeżeli nie pozwoli się na zerwanie niefortunnego związku ludzi, którzy albo się pomylili, albo wprost znienawidzili. Chcemy robić wszystko, co można, by rozwodów było jak najmniej, ale sam fakt rozwodu stawiamy poza oceną moralną. Można moralnie się rozwieść i niemoralnie żyć w małżeństwie.

Świeckie zasady etyki seksualnej cechuje wielka tolerancja. Ta tolerancja dotyczy poglądów, a także praktyk zgodnych z zasada­mi Kościoła. Nie dziwią nas, nie oburzają zasady głoszone przez Kościół. Wiadomo, że nie są one zbyt często przez ludzi respekto­wane, lecz jest to osobista sprawa sumienia każdego człowieka. Nie propagujemy restrykcyjnych zasad etyki katolickiej, ale jeżeli napotkamy człowieka, który świadomie je realizuje nakładając na siebie niekiedy trudne hamulce, budzi on nasz szacunek i podziw. Jednak tych, którym się to nie udaje lub którzy nie chcą ograni­czać się do ram dopuszczalnych przez Kościół, nie potępiamy i nie oceniamy jako niemoralnych.

Przepisy prawne w PRL a życie seksualne

W każdym państwie cywilizowanym istnieje zbiór przepisów praw­nych regulujący podstawowe przejawy życia społecznego. Zabez­pieczając dobrze pojęty interes społeczny, przepisy te chronią jed­nostki słabsze przed silniejszymi, chronią przed krzywdą czy szko­dą. Przepisy te, ujęte w Polsce między innymi w kodeksie karnym, regulują także niektóre przejawy życia seksualnego.

Zachowanie seksualne ludzi zawsze ma sens społeczny. Poza onanizmem i niektórymi perwersjami (np. fetyszyzmem) zaspoka­janie popędu odbywa się zazwyczaj we dwoje. Istnieje więc po­trzeba tworzenia zasad współżycia dwojga ludzi. Zasady te są oczy­wiście bardzo ogólne i pozostawiają duży margines swobody obywatelowi.

Przepisy prawne w Polsce dotyczące zachowań seksualnych po­ruszają tylko niektóre zjawiska. W całym kodeksie jest zaledwie kilka paragrafów, które omawiają te zagadnienia.

Prawo chroni więc przede wszystkim dzieci i młodzież przed demoralizacją. Istnieje postanowienie, że jakiekolwiek formy kon­taktów seksualnych z osobami poniżej piętnastego roku życia są ka­rane. Prawo nie precyzuje zbyt dokładnie, jakie czyny są zagrożone, wiadomo, że nie tylko stosunki płciowe, ale także i inne czyny, które wyraźnie zmierzają do zaspokajania popędu płciowego (petting, a nawet prowadzenie rozmów, które mogłyby spowodować szkody moralne u nieletniego). Tak więc zboczenie zwane pedofilią (popęd do nieletnich) jest w Polsce zagrożone odpowiedzialnością karną (§ 176 kk).

Tak jak nieletniego, prawo chroni każdego człowieka słabszego, niezdolnego do obrony, podległego czy zależnego. Kodeks stanowi, że karane jest wykorzystywanie do celów własnego zaspokajania seksualnego ludzi, którzy nie mają rozeznania w swej sytuacji (nienormalni, niepoczytalni) lub tych, którzy nie mogą świadomie dokonywać wyboru. Na przykład, jeżeli ktoś wykorzystuje swój stosunek zwierzchności służbowej, czyjąś sytuację, w której ktoś inny nie może bronić się czy odrzucić zalotów, to takie postępowa­nie jest karane. Mówiąc inaczej: w Polsce wolno tylko wtedy kon­taktować się seksualnie z inną osobą, jeżeli ona na to się zgadza w sposób zupełnie dobrowolny. Dotyczy to następnego postano­wienia.

Bardzo ostro karane jest wykorzystywanie siły przy zmuszaniu drugiej osoby do uległości. Nosi to nazwę gwałtu i jest zarówno w duchu prawa, jak i w praktyce sądowej bardzo ostro karane. Nasze władze prowadzą z tym zjawiskiem bardzo zdecydowaną wal­kę.

W polskim kodeksie jest także mowa o karalności kazirodztwa. Kazirodztwem określamy współżycie seksualne z krewnymi w linii prostej. Zjawisko to nie jest częste, być może nie zawsze zostaje ujawniane. Budzi to sprzeciw opinii publicznej i sprzeciw ten zna­lazł odbicie w kodeksie karnym.

Polskie ustawodawstwo zabezpiecza także obywatela przed świa­domym działaniem demoralizującym. Odnosi się to do tak zwanego zgorszenia publicznego (np. publikacji materiałów o treści niemo­ralnej, dokonywanie czynów niemoralnych przy dzieciach czy w miejscu publicznym). Oczywiście interpretacja czy konkretne za­chowanie ma cechy gorszenia, pozostaje sprawą sądu.

Kodeks karny, który teraz u nas obowiązuje, zaniechał karania prostytucji. Praktycznie było to i tak niewykonalne, a granica prostytucji była zawsze bardzo płynna. Tak samo kodeks nasz nie karze homoseksualistów, pozostawiając w tym zakresie — dorosłym — swobodę wyboru. Chroni jednak nieletnich, co ma duże znacze­nie profilaktyczne.

Płatna „miłość” — prostytucja

Są zagadnienia, które przez wieki trapią uczonych, działaczy spo­łecznych, co światlejszych obywateli i nigdy nie tracą aktualności. Jednym z takich zagadnień jest prostytucja.

W języku polskim pod pojęciem prostytucji rozumiemy podej­mowanie aktywności seksualnej (lub tylko przyzwalanie na to, by być do tego wykorzystywanym), której motywem jest chęć zysku. Krótko mówiąc, prostytucją jest podejmowanie wszelkich form ży­cia seksualnego za pieniądze i dla pieniędzy. Należy o tym pamię­tać, ponieważ niekiedy (niesłusznie) określa się prostytucją wzmo­żoną, nieuregulowaną, nie kontrolowaną aktywność seksualną. I choć takie zachowanie może i powinno budzić zastrzeżenia, nie wolno tego mylić z prostytucją.

Mówi się niekiedy, że prostytucja jest najstarszym zawodem świata. Pewnie to przesada, ale faktem pozostaje, że najstarsze za­piski historyczne, w tym Biblia, upoważniają do głoszenia poglądu, że prostytucja jest zajęciem bardzo starym i co ważniejsze, prze­trwała z większymi lub mniejszymi zmianami wszelkie epoki, rzą­dzące doktryny, kataklizmy i kultury. Coś w tym jest, że towarzy­szy ona ludzkości od bardzo dawna do dziś.

Wypisano morze atramentu, najtęższe głowy wytężały umysł, aby dojść, wyjaśnić, jaka jest przyczyna prostytucji? Dlaczego ko­biety nie zawsze „upadłe”, nie zawsze prymitywne i zmuszone wa­runkami życiowymi uprawiają ten odrażający proceder?

W okresie powojennym sądziliśmy, że prostytucja zniknie wraz ze zmianą struktury społecznej, wraz z niedoskonałością ustroju społecznego, jaki u nas panował. Wydawało się, że w warunkach ustroju sprawiedliwości społecznej, wraz ze stworzeniem perspektyw rozwoju i egzystencji każdemu człowiekowi, nie będzie miejsca na prostytucję. Życie wprowadziło korektę w nasze założenia teore­tyczne; prostytucja istnieje nadal.

Nie umiem odpowiedzieć wprost, krótko, jaka jest przyczyna prostytucji. Przyczyn na pewno jest bardzo wiele. Można chyba jednak stwierdzić, że ludzie uprawiający prostytucję są najczę­ściej pozbawieni zdolności kochania, są uczuciowo niedorozwinięci. Bo ktoś, kto kocha, nie może przecież uprawiać „miłości” za pie­niądze, z każdym, kto zapłaci!

W niektórych krajach istnieje prostytucja tak zwana „regla­mentowana”. Znaczy to, że prostytutki są rejestrowane i otrzymują coś w rodzaju „glejtu” do uprawiania swego procederu. Obowią­zane są poddawać się okresowym badaniom lekarskim. Ma to jakoby zabezpieczać przed roznoszeniem chorób, zwłaszcza zakaźnych. Jest to iluzja; takie badanie, aby było skuteczne, musiałoby odby­wać się po każdym stosunku, i to przez kilka tygodni bowiem nie zawsze (prawie nigdy) można wykryć choroby zakaźne, zwłaszcza weneryczne, zaraz po zakażeniu. Tak więc reglamentacja niewiele załatwia, może nawet nic?

W dawnym kodeksie karnym istniał przepis grożący karą za „czerpanie zysku” z czynów określanych jako „nierządne”. To trudne zresztą do sprecyzowania, określenie ma oznaczać różne for­my aktywności zmierzającej do zaspokojenia popędu płciowego. Przepis ten był jednak niezwykle rzadko stosowany w praktyce sądowej, trudno bowiem było komuś udowodnić czerpanie zysku z „miłości”. Życie stwarza wiele sytuacji trudnych do zakwalifiko­wania. Przepis ten w nowym kodeksie nie istnieje.

Dlaczego prostytucję potępiamy? Jest to proceder odrażający z punktu widzenia etycznego. Ale prostytucja jest rzeczywiście rozsadnikiem chorób, przede wszystkim wenerycznych. Poza tym środowisko to, tradycyjnie już, dąży do świata przestępczego, co także jest z punktu widzenia społecznego nieobojętne.

Jak się zachować?

Nie tak rzadko chłopcy spotykają się z zaczepianiem ich przez męż­czyzn. Dla niektórych takie postępowanie jest zupełnie niezrozumia­łe, inni dopatrują się w nim bardzo przejrzystych intencji.

„Czekałem przed sklepem na kolegę. Przez te kilkanaście minut kręcił się koło mnie jakiś facet i przyglądał mi się natarczywie. Po­tem zauważyłem, że zaczął do mnie mrugać. Czego on chciał? O co mu chodziło? Zachowywał się bardzo dziwnie”.

„W szalecie na dworcu jakiś starszy mężczyzna ordynarnie mnie podglądał. Później szedł za mną dłuższy czas i coś do mnie mówił. Wystraszyłem się i uciekłem”.

„W kawiarni zaczepił mnie bardzo przystojny, starszy ode mnie, ale młody, elegancki mężczyzna. Zaczął rozmawiać o pogodzie, po­tem zapytał, czy nie zechciałbym wypić z nim kawy. Odmówiłem. Moi koledzy twierdzą, że był to «pedał». Zachowywał się bez za­rzutu, był bardzo grzeczny. Nawet wzbudził moją sympatię i gdy­bym nie miał nieokreślonych obaw, pewnie chętnie z nim bym się bliżej poznał”.

„W tramwaju pewien starszy pan przyzwoicie wyglądający, wy­korzystując panujący tłok, zaczął mnie dotykać w «to» miejsce. Po­tem stał się wręcz nachalny, a najgorzej, że się podnieciłem (choć słowo daję, nie chciałem i było mi bardzo głupio). Doszło u mnie do wytrysku. To było straszne! Dlaczego takich drani nie zamykają w więzieniach?!”.

„Czy «pedałowanie» szkodzi? Koledzy mówią, że można na tym nieźle zarobić i że to wcale nie jest straszne. Kilku przyznawało się, że stąd mają pieniądze… Co o tym sądzić?”.

Chcę wyjaśnić te sprawy. Zaczepiający młodych chłopców chcą ich poznać, aby zdobyć partnerów seksualnych. Jedni czynią to subtelnie i kulturalnie, inni mniej wytwornie czy wprost brutalnie. Zawsze jednak chodzi o to samo.

Homoseksualistów w naszym społeczeństwie nie jest wielu. Większość ukrywa swe upodobania, powstaje zatem sytuacja swoistej konspiracji. Jeżeli mężczyzna, który jest homoseksualistą, chce po­znać chłopaka, zdobyć partnera, nie może, przynajmniej nie zawsze, robić tego wprost. Nie wie, czy chłopak, który mu się podoba, ma także tego typu skłonności. Niemniej homoseksualiści chcą zdobywać partnerów, realizować swój popęd. Wielu z nich charakteryzuje brak głębszej zdolności kochania, ich życie polega na ustawicznym poszu­kiwaniu nowych partnerów, na nawiązywaniu nowych znajomości, uganianiu się za przygodami.

W każdym większym mieście są pewne miejsca, w których spo­tykają się homoseksualiści. Są to najczęściej łaźnie, niektóre ka­wiarnie czy bary, wreszcie szalety i ich okolice, czasem niektóre uli­ce, place i skwerki; tam „pikietują” homoseksualiści. W Danii wi­działem przewodnik dla homoseksualistów-turystów. Były w nim po­dane adresy lokali i „punktów” spotkań homoseksualistów z całego świata. W miejscach tych ustawicznie zawierane są znajomości, nie­kiedy także dochodzą do skutku konkretne transakcje, gdyż w tym środowisku często zdarza się prostytucja. Dla ludzi nie zorientowa­nych ruch uliczny jest normalny, spotkania mężczyzn zwyczajne. Ale jeżeli wie się, o co chodzi, co to za dzielnica czy lokal, można zauważyć, że tętni tam swoiste życie.

Homoseksualiści to bardzo różni ludzie. Niektórych z nich pro­stytucja razi, a uliczne, tym bardziej szaletowe sposoby zawierania znajomości nie odpowiadają im. Są tacy, którzy wyżywają się w pi­kietowaniu i szukaniu przygód. Inni może woleliby inaczej zawierać znajomości, ale nie potrafią.

Niektóre miejsca, choćby te wymienione w duńskim przewodni­ku (a były tam i adresy z Polski), są tak typowe i tak „okupowane” przez środowisko homoseksualistów, że chłopak, który tam się prze­winie, budzi uzasadnione podejrzenie, że szuka właśnie takiej zna­jomości i przygody. Jeżeli jeszcze zachowanie jest w jakiś sposób dziwne — na przykład stoi dłużej przed sklepem czy wystawą i na coś czeka — mężczyźni ze środowiska homoseksualistów biorą go za swojego.

Zaczepianie młodych chłopców przez homoseksualistów, szczegól­nie w wielkich miastach, zdarza się często. Zbierając ankiety wśród studentów dowiedziałem się, że co trzeci z nich miał takie przygody. Co trzeci z ankietowanych zaczepkę odczytał właściwie; mogło być wielu, którzy w podobnej sytuacji nie zorientowali się w intencjach napotkanego mężczyzny. Oznacza to, że stopień zagrożenia jest bar­dzo duży i że właściwie wszyscy chłopcy mogą spotkać się z mniej lub bardziej otwartymi propozycjami homoseksualistów. O tym trze­ba wiedzieć.

Myślę, że nie jest przypadkiem, iż niektórzy młodzi ludzie często są zaczepiani w wiadomych intencjach, a inni bardzo rzadko lub wcale. Zależy to niewątpliwie od cech osobistych, bo — tak jak i w układach heteroseksualnych — jedni mają powodzenie, inni nie. Ale podejrzewam, że jest w tym także i coś innego. Decyduje i sposób zachowania się, niekiedy, może nawet nieświadomie, nieco prowokacyjny. Oczywiście, jeżeli nie jest to miejsce szczególnie eks­ponowane, to pół biedy. Ale chłopak, który znajduje się w miejscu znanym jako punkt okupowany przez homoseksualistów i rozgląda się wokoło wyczekująco, nie może się dziwić, jeśli zostanie zacze­piony.

Kolejna sprawa to ocena homoseksualizmu jako zjawiska. Ho­moseksualizm nie jest zbrodnią, uprawiają go również ludzie po­rządni i kulturalni. Ale jest faktem, że w naszym społeczeństwie, które cechuje brak tolerancji w zakresie obyczajowości, homosek­sualiści są spychani na pewien margines. Ich życie nie jest łatwe, a wielu, szczególnie młodych chłopaków, ulega w tych warunkach wykolejeniu. I nie decyduje tu rodzaj popędu czy upodobań sek­sualnych, ale atmosfera, obyczajowość tych środowisk z szaletów i placów. Wielu chłopców podejmuje takie kontakty ulegając nie­zdrowej ciekawości, „dla draki” czy, niestety, dla zarobku. Nie pozostaje to bez wpływu na ich życie i na pewno jest niebezpiecz­ne dla przyszłości. Wielu młodych ludzi, gdy dorośnie, żałuje, że kiedyś dali się wciągnąć w środowisko homoseksualistów.

Jak więc się bronić przed sytuacjami opisanymi w przytoczonych listach?

Na zaczepki nie należy reagować. Jeżeli ktoś zachowuje się zwy­czajnie, nie prowokująco w odczuciu homoseksualisty, nie przeby­wa celowo w miejscach „zagrożonych”, nie spotyka się na ogół z ta­kimi propozycjami wyrażanymi w różnej formie. Jeżeli nie prowo­kując mężczyzn, zostanie zaczepiony, może spokojnie i normalnie powiedzieć: pomyłka. Gorzej, gdy komuś przytrafi się podobna przygoda jak ta w tramwaju, opisana w liście naszego responden­ta. Takie brutalne zachowania mogą mieć miejsce i rację ma ów chłopak, twierdząc, że powinno się za to karać. Gdyby odwołał się do milicji, ów amator tramwajowych przygód mógłby mieć poważ­ne nieprzyjemności. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że takie bru­talne napaści mogą spotykać także dziewczęta i dorosłe kobiety, nie tylko młodego chłopca, atakowanego przez homoseksualistę. Do­świadczenie uczy, że zdecydowana reakcja zaczepionego chłopca może w zupełności wystarczyć. Powinien on ostro zwrócić uwagę, aby pozostawiono go w spokoju; zaczepiający nie chcąc, by go ujaw­niono, na pewno zrezygnuje z tej niebezpiecznej dla niego sytuacji i najpewniej wysiądzie na najbliższym przystanku.

Niezadowolenie z własnej płci

Płeć człowieka jest determinowana biologicznie. Komórki rozrodcze mężczyzny zawierają chromosomy płciowe i one determinują płeć płodu. Jest to tak zwana płeć genetyczna. Już od zapłodnienia ustrój jest naznaczony cechami płci. Znamiona tej płci można wykryć w różnych komórkach ustroju (mówimy o płci tkanko­wej).

Pod wpływem determinacji genetycznej rozwija się ustrój w kie­runku męskim lub żeńskim. Ulegają wykształtowaniu narządy płcio­we. Dziecko rodzi się z wykształconymi narządami — mówimy, że jest to płeć somatyczna.

Identyfikacja płci u dziecka nastąpi zapewne znacznie później. Dzieje się to stopniowo, bardziej pod wpływem wychowania niż włas­nego ciała. Dziecko uczy się, że jest chłopcem lub dziewczynką, uczy się zachowań charakterystycznych dla własnej płci. W tym zakresie mogą wystąpić zaburzenia. Jeżeli dziecko jest świadomie przez ro­dziców przebierane za inne niż jest, jeżeli w otoczeniu ma wzorce zachowań tylko jednopłciowe, to może napotykać trudności w iden­tyfikacji. Ogromną krzywdę dziecku sprawiają rodzice, którzy na przykład chłopca przebierają za dziewczynkę i nazywają żeńskim imieniem. To kiedyś może się zemścić…

W okresie dojrzewania człowiek zaczyna opanowywać stopniowo umiejętności zachowania seksualnego zgodnego z własną płcią. Jest to na pewno nie do końca proste. Ale jeżeli wszystko do tej pory funkcjonowało prawidłowo, to wchodzenie w rolę kobiety czy męż­czyzny nie powinno napotykać większych trudności.

Nie zawsze tak jest.

Może być tak, że ktoś jest ze swej płci głęboko niezadowolony i ko­niecznie chciałby być kimś innym. Czasem jest to tylko zewnętrzna poza, może trochę śmiesznostka. Gorzej, że bywa to niekiedy tak zinternalizowane (czyli głęboko zakorzenione), iż pociąga za sobą bardzo poważne komplikacje. Przypadki skrajne nazywamy transwestytyzmem. Tacy ludzie za wszelką cenę chcą zmienić swą płeć. Zazwyczaj jest to niemożliwe. Jeżeli człowiek ma somatycznie płeć zdeterminowaną i narządy płciowe dobrze rozwinięte, to nic tu nie można zrobić. Ludzie ci jednak z nieprawdopodobną konsekwencją żądają, by ich poddać zabiegowi operacyjnemu i usunąć te „zniena­widzone” narządy płciowe. W Polsce nie było przypadku, by kogoś tak operowano, ale wiem, że takie operacje były wykonywane w in­nych krajach. Ludzie ci nigdy nie osiągnęli płci przeciwnej. Pozbyli się własnej, nie uzyskując niczego w zamian. Gorzej, po operacji ta­kiej pozostają na ogół szpecące blizny. Okazuje się jednak, że już nawet po wielu latach transwestyci wyrażają zadowolenie, wdzięcz­ność za to, że im taki zabieg wykonano.

Ludzie ci często starają się zalegalizować prawnie zmianę płci. Usiłują zmienić nazwisko i imię na takie, by brzmiały dwuznacznie. Chodzą wtedy w stroju płci pożądanej, podejmują zawód typowy dla tamtej płci. I tak są względnie szczęśliwi.

Zaburzenie to jest jednym z najtrudniejszych problemów seksuo­logii, a chyba i psychiatrii. Leczenie tych pacjentów nie daje wyni­ków.

Innym zaburzeniem orientacji płciowej jest homoseksualizm. Ma­my tu do czynienia z bardzo złożonym zagadnieniem. Ogólnie mówi­my, że homoseksualista to taki człowiek, który odczuwa pociąg sek­sualny do osobników płci własnej. Bywa tak, że jest to wynikiem wrogości i niechęci do płci przeciwnej. Homoseksualiści zazwyczaj unikają jakichkolwiek kontaktów z kobietami, głęboko nimi pogar­dzając. W tych przypadkach najczęściej mamy do czynienia z prze­sadną akceptacją płci własnej. Liczy się tylko mężczyzna, męskość i to jest dla tych ludzi jedyną wartością. Kochając mężczyzn chcą z nimi współżyć, są nimi zafascynowani.

W innych przypadkach rzecz polega na niechęci do pełnienia ro­li własnej płci, na chęci upodobnienia się do płci przeciwnej. Jest to zjawisko psychiczne zbliżone do transwestytyzmu. Taki homo­seksualista pozuje na osobnika zniewieściałego i chce być zdobywa­ny przez mężczyzn. Ceni sobie przy tym własną płeć somatyczną i nie dąży do jej zmiany.

Problem homoseksualizmu jest jednym z najpoważniejszych problemów seksuologii. Jest on znacznie częstszy wśród mężczyzn niż wśród kobiet. Oblicza się, że w Polsce jest około 2—3% mężczyzn o takich skłonnościach. W niektórych krajach jest ich znacznie więcej, na przykład w literaturze fachowej podają, że w Holandii liczba ich sięga kilkunastu procent.

Przyczyny powstawania tej dewiacji nie są jasne. Kiedyś sądzo­no, że jest to nawyk nabyty w okresie inicjacji seksualnej. Po pro­stu młody chłopiec uczył się takiego zachowania, takiego sposobu zaspokajania swego popędu z innymi mężczyznami. Uczył się, wy­rabiał sobie takie upodobanie i tak już pozostawało. W tych przy­padkach i leczenie wydawało się stosunkowo proste, byle wcześnie je podejmować. Profilaktyka także nie była teoretycznie trudna: trzeba było uświadomić chłopców, by nie podejmowali takich za­chowań, a ludzi o upodobaniu do uwodzenia młodych chłopców trzy­mać od nich z daleka.

Bywały jednak przypadki, kiedy nie można było wykryć mecha­nizmu powstawania tej dewiacji, a leczenie nawet bardzo konsek­wentne nie dawało spodziewanych wyników.

W ostatnich latach pojawiły się doniesienia w literaturze facho­wej, które sugerują, że może istnieć także inny mechanizm rozwoju homoseksualizmu. U zwierząt zdołano za pomocą hormonów płcio­wych podawanych w dużych ilościach w okresie krytycznym, jakim jest okres okołoporodowy, wywołać trwałe uwarunkowanie homo­seksualne. Okazało się więc, że — przynajmniej u zwierząt — ist­nieje także homoseksualizm zdeterminowany biologicznie i oporny na leczenie.

W naszych warunkach homoseksualizm jest poważnym powikła­niem życia. Ludzie ci nie zakładają rodzin, nie mają dzieci. Ich ży­cie seksualne jest kłopotliwe, napotykają trudności w zdobywaniu partnerów. Związki ich są zazwyczaj nietrwałe. Istnieje tak zwane „środowisko” homoseksualistów, które niestety nie jest dla młodych chłopców wychowawczo dobre ani bezpieczne.

Chłopcy ze skłonnościami homoseksualnymi potrzebują pomocy lekarskiej i wychowawczej. Jeżeli zgłaszają się dość wcześnie, to można im pomóc.

Homoseksualizm wśród kobiet jest o wiele rzadszy. Nazywamy go Iesbijstwem, a homoseksualistki — lesbijkami. Społecznie jest to zjawisko o wiele mniej niebezpieczne, a dziewczęta o takich skłon­nościach zazwyczaj łatwiej ulegają wyleczeniu.

Myślę, że jest bardzo ważne, by każdy młody człowiek, a im młodszy, tym lepiej, jeżeli tylko u siebie widzi jakieś zjawiska, które mogą świadczyć o rodzeniu się patologii, zasięgnął porady lekarza czy psychologa.

O dewiacjach i nie tylko

Ludzie wykazujący dewiacyjne skłonności napotykają często róż­nego rodzaju szykany, objawy nietolerancji. W przekonaniu seksu­ologów i psychiatrów często więcej zła wynika z tej właśnie nieto­lerancji niż z samej dewiacji. Oczywiście można tak powiedzieć tylko wtedy, kiedy jakieś zachowanie nie jest społecznie szkodliwe. Faktem jest, że wielu ludzi wykazujących dewiacyjne upodobania, nikomu nie szkodzące, bardziej cierpi z powodu wstydu, obawy przed dekonspiracją czy wprost prześladowaniami niż z powodu jakichś dziwactw zachowania seksualnego.

Jednym z wielkich zadań seksuologii jest przekonanie społe­czeństwa, że należy, jeżeli to tylko możliwe, wykazywać tolerancję dla ludzkich upodobań. Trzeba przyjąć zasadę, że jeżeli ktoś za­chowuje się społecznie nienagannie, nikomu nie szkodzi, nikogo nie krzywdzi, należy jego sprawy osobiste pozostawić jemu. Pod­stawowym wymogiem kultury, już nie tylko seksualnej, jest zasada niewtrącania się w sprawy osobiste innych ludzi. „Zaglądanie in­nym pod kołdrę, wścibianie nosa w nie swoje interesy” jest w tym zakresie objawem chamstwa i prymitywizmu.

Jakie są przesłanki do propagowania tego typu postaw?

Zacznijmy od przesłanek prawnych. Przepisy kodeksu karnego wyraźnie regulują zachowanie i dopuszczalność różnych form aktyw­ności seksualnej. Pisałem już kiedyś o polskim kodeksie i jego po­stanowieniach w tym zakresie. Tu chciałbym tylko przypomnieć, że polski kodeks karny jest w zasadzie bardzo postępowy i toleran­cyjny. Chroni interes osobisty człowieka zapewniając mu wolność zachowań, karze natomiast tych, którzy chcieliby siłą czy podstę­pem zmusić kogoś do jakichkolwiek form współżycia seksualnego. Chroni także przed demoralizacją, rozumiejąc ją zresztą bardzo szeroko, a więc przed nieobyczajnym zachowaniem w miejscu pu­blicznym, przed nieprzyzwoitymi produktami twórczości „arty­stycznej” (pornografia) itp. Wreszcie kodeks szczególnie chroni dzieci i młodzież oraz osoby, które znajdują się w stanie niepełnej świadomości.

Tak więc większość zachowań dewiacyjnych, jeżeli tylko nie narusza niczyjego dobra, jest przez nasz kodeks dopuszczalna. Praktycznie mało kto może z powodu swego zachowania, swych upodobań podlegać karze.

Zupełnie inaczej zachowuje się społeczeństwo. W swej ogromnej większości jest nietolerancyjne, brutalne i wprost kołtuńskie. Z wypiekami na twarzy, z niebywałą emocją śledzi zachowa­nie ludzi, a w szczególny sposób interesuje się sprawami „łóżko­wymi” innych bliźnich. Wystarczy, że ktoś nie afiszuje się ze swym życiem seksualnym, żyje samotnie i przykładnie, by już budził wątpliwości i podejrzenia: „on musi być nienormalny, bo nie żyje jak inni”. Sam fakt, że ktoś ma upodobania dewiacyjne, jest dostatecznym powodem do potępienia — nie trzeba niczego więcej.

Wścibskość ludzi jest niekiedy straszna. Zgłosił się do mnie kiedyś pacjent, mężczyzna ze wsi, i prosił o zaświadczenie, że nie jest zdolny do współżycia seksualnego. Była to niestety prawda — mężczyzna wykazywał znaczny stopień niedorozwoju narządów płciowych. Otóż cała wieś od kilku lat prześladowała go wprost py­taniem: „dlaczego on się nie żeni!?”. Wywierano na niego nacisk, brutalnie swatano go z różnymi kobietami. On sam już wyjaśnił wszystko sołtysowi, ale to nie pomogło. Chciał mieć zaświadczenie i okazać we wsi wszystkim, że on naprawdę żenić się nie może, aby wreszcie dali mu spokój. Gdyby nie gospodarstwo, wyniósłby się do miasta, ale był zamiłowanym rolnikiem. Zresztą gdyby zamiesz­kał w mieście — podobne naciski mogły go spotkać ze strony towa­rzyszy pracy, sąsiadów itp.

Znam przypadki, kiedy to homoseksualista żenił się, by roz­wiać podejrzenia i zdobyć spokój w swym środowisku. Oczywiście unieszczęśliwiał swą „żonę” i bardzo komplikował sobie życie. A działo się to tylko z powodu ludzkiej nietolerancji.

Okazuje się, że nasza opinia społeczna jest bardziej represyjna i nietolerancyjna niż kodeks karny. Więcej, właśnie tylko na tym tle rysuje się taka nietolerancja. Bo przecież wiadomo, że złodzie­jem (no, może nie takim drobnym, ale malwersantem) społeczeń­stwo nie brzydzi się, nie odrzuca go. Wiadomo przecież, że często utrzymuje się kontakty towarzyskie z ludźmi, których sytuacja materialna jest co najmniej podejrzana. I choć na ucho każdy mówi, że to na pewno kombinator (eufemistyczne określenie zło­dzieja), to go i w domu przyjmuje się, i w pracy toleruje. Ale niech tylko o kimś powiedzą, że to homoseksualista — to już jest inna sprawa. Takiego się odrzuca.

Jest w tym jakaś zaciekłość i zakłamanie. I to właśnie często tak bardzo szkodzi tym ludziom.

Był kiedyś wypadek, że sąsiedzi wykryli fetyszystyczne upodo­bania samotnego, starszego mężczyzny. Już dłuższy czas zastana­wiano się, jak to jest, że „taki sobie jeszcze niczego” mężczyzna żyje sam, nikt go nie odwiedza. Sprzątała u niego dozorczyni domu. Opowiadała, że ma on jakąś szafę-bieliźniarkę stale zamkniętą na porządny zamek. Co tam ukrywa?

Sąsiedzi zorganizowali spisek. Pod nieobecność gospodarza wła­mali się do tej szafy i wykryli kolekcję damskiej bielizny. To już nie dało im spokoju. Zaczęli śledzić, podglądać, aż wreszcie wykryli. Po powrocie do domu rozkładał on damską bieliznę, sam się prze­bierał i w kontakcie z bielizną onanizował się. Była to rewelacyjna sensacja. Sąsiedzi tak zaczęli dokuczać dewiantowi, że musiał pod­dać się leczeniu psychiatrycznemu, oczywiście zmieniając miejsce zamieszkania. A przecież nikomu niczym nie szkodził. Był porząd­nym człowiekiem, pracującym owocnie w swym zawodzie, ludziom życzliwy. Dlaczego go to spotkało?

Jest jeszcze jeden argument przeciw prześladowaniu tych ludzi. Otóż, trzeba powiedzieć, że poza okresem wstępnym — młodością (i to nie zawsze) dewiantów seksualnych nie umiemy na ogół le­czyć. Jeżeli trafia do nas dorosły pacjent z utrwalonymi już od­ruchami i stereotypem zachowań, to leczenie jego jest bardzo trud­ne. Trafiają oni do lekarzy zazwyczaj dlatego, że boją się opinii społecznej. Nie dlatego, że jest im źle. Wielu pogodziło się ze swy­mi upodobaniami i ich sposób uprawiania seksu im odpowiada. Chcą się leczyć, bo boją się społeczeństwa, wykrycia ich upodobań, a po­tem nietolerancji. Często boją się także, by nie dowiedziała się ich rodzina. Taki lęk to straszne brzemię. Muszą się ukrywać przed wszystkimi. Nie zawsze jest to łatwe.

Leczenie takich pacjentów, którzy z reguły są ludźmi biednymi, depresyjnymi (zazwyczaj budzą litość), polega na tym, by dopro­wadzić do samoakceptacji. Chodzi o to, by przestali się obawiać, by przestali uważać siebie za kogoś gorszego, niepełnowartościowe- go. I tu do uzyskania pozytywnego wyniku leczenia potrzebna jest pomoc społeczeństwa.

Ostatnie lata przyniosły wielką poprawę sytuacji. Dziś spotyka­my już przypadki, kiedy to nawet rodzice akceptują na przykład nieuleczalny homoseksualizm swego dziecka. Na pewno nie zdarza się to często, ale wydaje się, że tolerancja jest coraz większa. I to jest bardzo ważne.

Rozważań o dewiacjach

Wielki badacz życia seksualnego Amerykanów, Kinsey, publikując swój słynny raport o zachowaniach seksualnych mężczyzn wywołał niemałe zamieszanie i konsternację. Okazało się bowiem, że ludzie zachowują się bardzo różnie, że to, co uważa się niekiedy za pato­logię seksualną, jest często przejściową formą aktywności, kiedy indziej dodatkiem, urozmaiceniem doznań erotycznych. I padło wtedy pytanie: co to jest właściwie zachowanie prawidłowe, „nor­malne”, a co to jest patologia i „zboczenie”?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. Istnieją naturalnie sytuacje oczywiste. Ale wiele jest takich przypadków, w których bardzo trudno powiedzieć, czy jest to już patologia, czy nie. Sek­suologia przed laty dokonała pewnej klasyfikacji. Nazwano pewne zachowania, a nazwy te przeszły do powszechnego użytku i często straciły swój pierwotny sens. Dziś niektóre określenia używane są przez ludzi nie znających nawet ich rodowodu.

Mówimy na przykład o czyimś „duchowym ekshibicjonizmie” lub określamy kogoś sadystą, choć seksuolog powiedziałby, że za­chowanie tych ludzi nie ma nic wspólnego z jego. specjalnością. Więcej, samo określenie patologii przeżywało swoisty wiraż prze­mian.

Mechanizm był taki: używano jakiegoś określenia jako rozpo­znania lekarskiego. Na przykład: perwersja. Tak określano patolo­gię seksualną. Nazwa ta, jak każde określenie medyczne, powinna być moralnie obojętna, nie powinna być obraźliwa czy uwłaczająca ani potępiająca. Ale z czasem „perwersja” stała się synonimem roz­pusty seksualnej, określeniem obraźliwym. Podobnie było z określe­niem „zboczenie” i jego pochodną osobową „zboczeniec”. To okreś­lenie ma w naszej tradycji dziś wyraźnie pejoratywne znaczenie. Jest ono obelgą.

Lekarze nie mogą i nie chcą używać określeń wartościujących, obraźliwych. Przyjęło się aktualnie używać określenia z języka angielskiego: dewiacja i dewiant. To określenie nie ma jeszcze u nas jakiegoś pejoratywnego znaczenia. Można go używać jako obojętne rozpoznanie medyczne. A swoją drogą ciekawe, czy stanie się ono kiedyś obraźliwe i jeżeli tak, to kiedy?

Podobnie było z innymi określeniami medycznymi spoza sek­suologii. Wariat — to psychicznie chory. Idiota — to człowiek z niedorozwojem umysłowym określonego stopnia, podobnie jak i debil. Kretyn to nie wyzwisko, to rozpoznanie medyczne człowie­ka z niedoczynnością tarczycy. A przecież wszystkie one nabrały obraźliwego zabarwienia.

Zanim przejdę do bardzo trudnych rozważań na temat wartoś­ciowania zachowań seksualnych dewiantów, omówię klasyczne for­my opisywane w literaturze fachowej. Znajomość tych spraw ułat­wi zresztą zrozumienie niektórych przenośni literackich.

W klasycznej seksuologii dzielimy dewiacje na te, które dotyczą sposobu zaspokajania popędu, i te, które dotyczą obiektu, czyli wy­boru partnera.

Do grupy drugiej należeć będzie:

homoseksualizm — popęd do osobnika płci własnej, w przypadku kobiet zwany lesbijstwem. Ta ostatnia nazwa pochodzi od wyspy greckiej Lesbos, która jakoby miała słynąć z tego typu zachowań;

pedofilia — popęd płciowy do osób młodych, niedojrzałych, naj­częściej dzieci;

gerofilia — popęd do osób w wieku starszym; zoofilia — popęd realizowny w kontakcie ze zwierzętami. Zwie się niekiedy sodomią od znanej biblijnej miejscowości;

fetyszyzm — używanie do podniecenia czy rozładowań seksual­nych przedmiotów. Fetyszem może być jak wiadomo bielizna, przed­mioty użytku powszechnego, ale także zapach, dźwięk itp.;

pigmalionizm — swoista forma fetyszyzmu, fetyszem jest tu rzeź­ba, posąg, przedmiot wyobrażający kogoś;

narcyzm — kiedy przedmiotem uwielbienia, seksualnej miłości staje się sam dewiant, kochający się w sobie, sobą się fascynu­jący.

A teraz dewiacje dotyczące sposobów zaspokajania popędu: podglądactwo — wspomniany już voyeuryzm, czyli zaspokajanie popędu poprzez podglądanie zachowań seksualnych innych czy choćby ich nagości, negliżu itp.;

ekshibicjonizm — czerpanie satysfakcji z okazywania swych genitalii innym ludziom, demonstrowanie swych zachowań seksual­nych;

sadyzm — czerpanie satysfakcji seksualnej z dręczenia innych, za­dawania bólu, kaleczenia czy zabijania. Może być zresztą sadyzm psychiczny, kiedy się innych nie bije, a zadaje im cierpienie psy­chiczne, poniża itp.;

masochizm — upodobanie do cierpienia, bólu. Tylko będąc ponie­wieranym, bitym, upokarzanym masochista doznaje satysfakcji sek­sualnej, podniecenia, a nawet orgazmu.

Oczywiście seksuologia zna i inne typy dewiacji, ale nie są one tak znane, jak te wyżej wyjaśnione.

Powstaje znów pytanie: na jakiej podstawie ocenia się, że takie zachowanie jest patologią, a inne nie?

Tradycyjne poglądy wyznaczyły wyraźnie normę zachowania. Seks miał służyć tylko rozmnażaniu się ludzi, czyli prokreacji, roz­rodowi. Jeżeli jakieś zachowanie wykluczało możliwość spełnienia tego celu, było zachowaniem dewiacyjnym. Nie wdawajmy się w szczegóły, ostatecznie w czasie kontaktu sadysty z masochistką także można było zajść w ciążę. Podział taki był jednak dość jasny, a kryteria przejrzyste.

Obecnie mamy znacznie więcej kłopotów. Wiemy, że człowiek rzadko podejmuje kontakt seksualny po to, by świadomie płodzić potomstwo. Nawet w małżeństwach wielodzietnych takie świadome działanie jest prawie wyjątkiem, zdarza się zaledwie kilka razy w życiu.

A poza tym?

Człowiek współżyje seksualnie, by zaspokajać swój popęd, by przeżyć rozładowanie seksualne, satysfakcję, by być jakoś szczę­śliwym. I to nie budzi już naszego oporu. Na to się zgadzamy. Dla­czego więc niektóre z wymienionych zachowań są patologią? Na przykład fetyszyzm? Czy ekshibicjonizm? Są to przecież także for­my zaspokajania swego popędu. Dlaczego złe?

Z wartościowaniem dewiacji mamy wiele kłopotów. Więcej, z wieloma zjawiskami dotąd zwanymi dewiacją nie bardzo jesteś­my skłonni walczyć. Niektóre akceptujemy społecznie (strip-tease, nudyzm — który zresztą jest zjawiskiem bardzo złożonym i być może nie zawsze mieści się w kategoriach seksuologii).

Społeczeństwa restrykcyjne, nietolerancyjne walczyły zaciekle z każdym przejawem patologii. Były czasy, kiedy kobietę, która miała odwagę przeżywać seks, pragnąć rozkoszy, uznawano za ze­psutą, opętaną przez szatana. Patologię potępiały kodeksy karne, tępiło prawo. Poglądy nasze na patologię zmieniły się. Ogólnie są znacznie bardziej tolerancyjne. Skłonni jesteśmy uznać za szkodli­wą tylko taką dewiację, której realizacja komuś szkodzi. Inne, co­raz szerzej uznaje się za sprawę osobistą człowieka, nie podlegającą ocenom moralnym.

Inni — dziwni, czyli o dewiacjach seksualnych

Każdy z nas zna takie uczucie: przeżył coś przyjemnego, coś, co go zafascynowało. Pozostało wspomnienie. Wspomnienie miejsca, okoliczności związanych z przyjemnym przeżyciem. Do wspomnień tych chętnie wracamy. Wracamy także do miejsc, gdzie się to wy­darzyło, do okoliczności, do szczegółów otoczenia. I ten powrót wyzwala w nas miłe wspomnienie. Wracamy do miejsc dzieciństwa czy jakichś triumfów, sukcesów, miejsc, gdzie przeżyliśmy szczęście — by przeżyć to raz jeszcze. Nie przeżywamy, bowiem nigdy nie ma doznań identycznych. Ale jest chęć przeżycia, poszukiwanie zda­rzeń, które nam wtedy towarzyszyły.

W okresie dojrzewania chłopcy doznają często bardzo silnego podniecenia seksualnego. Wzwody występują pod wpływem byle jakiej przyczyny, a często nawet bez uchwytnego powodu. Ta po­budliwość jest wynikiem narastania napięcia seksualnego. Nigdy już potem mężczyzna dojrzały nie będzie tak pobudliwy seksual­nie. Pobudliwość młodych chłopców ma charakter jakby „podkoro- wy” — czynniki psychiczne właściwie niewiele tu zmieniają, nie są w stanie hamować pobudzenia. Wzwody zdarzają się bardzo często.

Niekiedy w czasie tych wzwodów dochodzi do świadomego pod­niecenia seksualnego i chęci jego rozładowania. Najczęściej nastę­puje to na skutek masturbacji, czyli inaczej mówiąc onanizmu. Do takiego rozładowania dochodzić może pod byle pretekstem, w bar­dzo różnych okolicznościach, często przypadkowych. Ponieważ ha­mowanie korowe jest słabe, do przeżycia orgazmu może dojść w przedziwnych warunkach, niekiedy nieestetycznych czy wprost społecznie nie akceptowanych.

Może przykłady: chłopiec wszedł na strych i wyjrzał przez okno. Zobaczył naprzeciwko oświetlony pokój w mieszkaniu poni­żej i kogoś, kto akurat, nie zasłoniwszy okna, przebierał się. Może była to młoda, ładna kobieta. Chłopak doznał podniecenia seksu­alnego — wzwodu penisa i samoistnie czy też na skutek celowego działania przeżył orgazm. Potem miło wspominał to zdarzenie. Po­szedł więc znów na strych i znów patrzył przez okno. Tym razem nie jest to już przypadek. Jeżeli trafi ponownie na identyczną scenę, przeżywa już świadomie i celowo rozładowanie napięcia. Widok rozbierającej się kobiety wywołuje u niego podniecenie i orgazm. Czy tylko widok? Może także atmosfera czegoś nielegal­nego, świadomość, że kobieta niczego nie podejrzewa, że jest bez­bronna wobec niego? Może także i otoczenie dość niesamowite — strych, graciarnia, jakiś zapach itp.

Jeżeli chłopak będzie przedsiębiorczy i uparty, to może zorga­nizować sobie w ogóle takie jakieś dziwne życie seksualne. Będzie o określonych godzinach czuwał na strychu, może kupi sobie lor­netkę, może przystawi krzesło, by wygodnie oczekiwać spektak­lu…? Jeżeli tak będzie żyć przez dłuższy czas, może stać się to jego nawykiem, może już nie dążyć do rozpoczęcia normalnego współ­życia seksualnego, a z czasem może stać się w ogóle niezdolnym do żadnej innej formy przeżywania seksu.

Opisany przypadek to dewiacja seksualna — podglądactwo, zwa­na inaczej voyeuryzmem (czytaj wuajoryzmem). Oczywiście staje się to patologią dopiero, gdy człowiek preferuje taki sposób zaspo­kajania popędu, kiedy rezygnuje z innych, bardziej typowych spo­sobów zachowania seksualnego. Ale przecież zaczęło się to od przypadkowego, niewinnego incydentu, który w wielu innych przy­padkach nie spowodowałby utrwalenia uwarunkowania.

Może inny przykład. Dziewczyna w czasie stosunku, który dał jej pierwszy orgazm, słyszała muzykę, jakąś określoną melodię. Nie zwróciła na to nawet uwagi, ale kiedy usłyszała tę melodię ponownie, przypomniała sobie swe przeżycie, zrobiło jej się bardzo miło. Teraz dążyła, by zawsze w czasie jej współżycia rozbrzmie­wała ta melodia. Potęgowało to jej nastrój, było źródłem większego podniecenia niż w przeciętnych okolicznościach. Z czasem zaczęła uzależniać się coraz bardziej, bez tej melodii nie doznawała pełnej satysfakcji, a potem już z czasem sama melodia, bez partnera, bez stosunku płciowego wywoływała u niej podniecenie, a nawet orgazm.

Mamy tu do czynienia ze sprzężeniem obojętnego zjawiska, jakim początkowo była melodia, z doznawaniem seksualnej saty­sfakcji. Nie musi być to melodia, może być jakiś zapach, jakiś przedmiot, np. widok bielizny, przedmiotów. Mówimy, że taki przedmiot, zapach czy wreszcie melodia staje się fetyszem. A zja­wisko nazywamy fetyszyzmem. Fetyszem może być zresztą także i część ciała, której widok działa szczególnie podniecająco.

Podane przykłady wyjaśniają mechanizm powstawania pew­nych sprzężeń, które mogą stać się przyczyną jakichś dziwactw, upodobań, ale także i dewiacji seksualnych. Mechanizm ten jest zasadniczo zawsze taki sam, obojętna okoliczność ulega silnemu skojarzeniu z przeżytym orgazmem i staje się nieodzownym elemen­tem przeżywania w przyszłości.

Ludzie mają najróżniejsze upodobania i ta różnorodność jest elementem wzbogacającym. Bo bywa, że ktoś lubi blondynki, ktoś inny brunetów. Jedni szczupłych, inni tęgich. Jedne dziewczęta lu­bią chłopców młodych, inne tylko dojrzałych mężczyzn. Jedni lu­bią „kochać się” w plenerze, inni w mrocznym lub oświetlonym pokoju. I tak dalej, i tak dalej.

Z różnorodnością upodobań nie walczymy, czasem możemy się trochę uśmiechnąć, jeżeli ktoś ma akurat ochotę, jak nam się zdaje, na dziwne upodobania. Byłem kiedyś na filmie, na którym poka­zywano, jak jakieś plemię dosłownie tuczyło młode tubylcze dziew­częta, szykując je na żony kacyka. I pokazano kacyka — na sali rozległ się śmiech: był to malutki, drobniutki i wychudzony sta­rzec… Gustował on w potężnych i tłustych dziewczynach. A że był kacykiem…

Rzecz staje się groźna, gdy uwarunkowania, nawyk stają się zbyt silne. Kiedy człowiek nie może już, nie tylko nie chce, inaczej zaspokajać swego popędu. Jeżeli jest to tylko dziwactwo — to nie nieszczęście. Ale jeżeli jest to upodobanie społecznie nie akcepto­wane? Czy jest to obojętne?

We wczesnej młodości chłopak wyhodował sobie jakieś dziwne upodobanie. I początkowo nie przywiązywał do tego wagi, nie zda­wał sobie sprawy w ogóle ze znaczenia swych przeżyć. Upływał czas, stał się dorosłym i może nawet chciałby być jak inni, tylko, że już jest to bardzo trudne, czasami wprost niemożliwe.

Czasem pacjent, który ma kłopoty z powodu swej dewiacji, zgłasza się na leczenie. Tłumaczymy mu, na czym rzecz polega, razem z nim analizujemy jego biografię, szukamy przyczyn, które zdecy­dowałyby o takim, a nie innym nawyku. I nawet niekiedy udaje się nam ustalić dość dokładnie moment narodzin dewiacji. Czasem, przy dużym wysiłku, można się zmienić, nauczyć innych form życia seksualnego. Ale jeżeli nie? Może pozostać kłopot, a nawet nie­szczęście na całe życie.

O znaczeniu dewiacji seksualnych pisać będę w następnym roz­dziale. Omówię ich znaczenie, klasyfikację. W tym rozdziale chcia­łem tylko pokazać, jak pozornie przypadkowa sytuacja może za­ciążyć na całym życiu. I przestrzec przed hodowaniem dziwnych nawyków i upodobań. Bo może z czasem wzbogacają one ludzką erotykę przez stwarzanie mozaiki zachowań, często jednak leżą także u podłoża ludzkiego nieszczęścia i cierpienia.

Nasze dziecko w żłobku

Naturalnym środowiskiem, w którym powinno się wychowywać dziecko, zwłaszcza małe, do trzeciego roku życia, jest dom rodzinny. Atmosfera czułości, troski, więzi uczuciowej, wreszcie stały i inten­sywny kontakt dziecka z dwojgiem (minimum) dorosłych jest tym. co zapewnia dziecku prawidłowy rozwój.

Bywają sytuacje, w których wychowywanie dziecka w domu jest niemożliwe. Praca zawodowa kobiety jest często koniecznością i jedynym wyjściem z sytuacji staje się niekiedy żłobek.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że żłobek nie jest może złem koniecznym, ale jest zawsze złem. Oczywiście, jeżeli kobieta musi pracować (ze względów materialnych), to może nie być innej moż­liwości. Chodzi jednak o to, by każda matka oddająca dziecko do żłobka zdawała sobie sprawę, że jest to dla dziecka sytuacja nie­dobra. Żłobek może być gorszy lub lepszy, może być nawet dosko­nały, ale żaden żłobek nie zastąpi normalnego domu rodzinnego.

Przed zgłoszeniem dziecka do żłobka powinno być ono poddane badaniu lekarskiemu. Lekarz podejmuje decyzję, czy może być ono umieszczone w żłobku.

Jednym z trudnych problemów żłobków jest zagadnienie zaka­żeń wewnętrznych. Duża grupa dzieci to liczne kontakty z innymi dziećmi, to duże niebezpieczeństwo infekcji. Organizacja żłobka dąży do zapobiegania takim infekcjom. Przy codziennym przyjmo­waniu dziecka do żłobka, rano, poddawane jest ono badaniu „na filtrze”, gdzie pielęgniarka mierzy ciepłotę, ogląda skórę, gardło. Jeżeli stwierdza się jakiekolwiek objawy infekcji, dziecko nie jest przyjmowane do żłobka albo umieszczane jest w izolatce do czasu zbadania przez lekarza żłobkowego. Bardzo ważne jest, by matki informowały pielęgniarkę „na filtrze” o stanie zdrowia dziecka, zwłaszcza o wszelkich dostrzeżonych objawach, które mogłyby wskazywać na wykluwające się zachorowanie. Jest oczywiste, że doraźny interes, by dziecko zostawić w żłobku, nie powinien wpły­wać na chęć wprowadzenia pielęgniarki w błąd: kulturalna matka rozumie, że powinna współpracować z pielęgniarką w wykrywaniu wczesnych zachorowań, bo jest to jedyny sposób na chronienie in­nych dzieci przed chorobą.

Dzieci w żłobku umieszczane są w stałych grupach wiekowych. Między poszczególnymi grupami nie ma łączności, w ten sposób dzieci są izolowane i nie ma możliwości przenikania iniekcji z jed­nej grupy do drugiej.

Dzieci w żłobkach są objęte opieką lekarską. Lekarz dokonuje okresowych badań, kontroli rozwoju, prowadzi dokumentację zdro­wia dziecka. Lekarz czuwa także nad prawidłowością żywienia, co w tym okresie rozwoju jest szczególnie ważne.

Najważniejsze zagadnienie pracy żłobka, to czuwanie nad pra­widłowym rozwojem psychoruchowym dziecka. Bodźcem do roz­woju dziecka jest kontakt z dorosłym. Od niego dziecko się uczy, naśladując dorosłego opanowuje trudne zadania (stawanie, chodze­nie, mowa). Tylko intensywny kontakt z dorosłym lub nawet tylko starszym dzieckiem może dostarczyć dostatecznych bodźców do rozwoju. Dzieci wychowywane w żłobkach na ogół później rozwi­jają się ruchowo, później opanowują mowę, mają uboższe słow­nictwo. Oczywiście w dobrych warunkach, po pewnym czasie, opóźnienia te zostają wyrównane. Dla rodziców oddających dziecko do żłobka jest bardzo, ważne, by kontakt z dzieckiem w czasie po­bytu w domu był szczególnie intensywny. Do dziecka trzeba dużo mówić, pieścić je, poświęcać mu maksimum uwagi.

Wszelkie szkody, jakie dla dziecka wynikają z pobytu w żłobku, są tym poważniejsze, im młodsze dziecko jest umieszczane w żłobku.

Istniejące przepisy prawne stwarzają matce możliwość uzyska­nia poza urlopem macierzyńskim (płatnym) bezpłatnego urlopu do trzech lat. Planowanie rodziny, świadome macierzyństwo i ojcostwo powinny obok zrozumienia znaczenia pierwszego^ okresu rozwoju dla całego życia wpływać na bardzo poważne traktowanie proble­mu żłobka. To prawda, że państwo przykłada wiele starań, by żłobki były coraz lepsze, ale mimo to powtarzam: nic nie zastąpi rodziny.

Instytucją bardzo szkodliwą dla rozwoju dziecka (niestety, także niekiedy konieczną) jest żłobek tygodniowy. Rzecz polega na tym, że matka przynosi dziecko w poniedziałek rano i odbiera tylko na sobotę i niedzielę. Oczywiście kontakt z matką w takim układzie jest bardzo deficytowy, a takie warunki wychowania nie mogą po­zostawać bez wpływu na rozwój dziecka.

Mimo wszystko żłobek tygodniowy jest mniejszym złem, niż umieszczanie dziecka w Domu Małego Dziecka.

Następstwa przerywania ciąży

Bez względu na przeróżne aspekty, pod którymi można rozpatry­wać zagadnienie usuwania ciąży, dziewczyna mająca taki właśnie kłopot, jak wykazuje praktyka, nie zważa na upomnienia, sugestie, że popełnia grzech, i zwykle decyduje się na zabieg. I często robi to w warunkach antysanitarnych, u partaczy, pokątnych „babek”. Takie zabiegi kończą się zazwyczaj chorobą, ciężką, długotrwałą, okaleczającą kobietę. Następstwem bywa niepłodność. Czasem kon­sekwencje są jeszcze tragiczniejsze — kobieta umiera. Sam brałem udział w sekcji zwłok młodej kobiety, która zmarła na zakażenie (posocznicę), które wywiązało się po zabiegu przerwania ciąży. Za­bieg ten polegał na włożeniu do jamy macicy zastruganej na ostro gałązki brzozowej. Taka śmierć budzi odruch oburzenia i zmusza do refleksji.

Polska należy do krajów, w których zabieg przerywania ciąży jest prawnie dozwolony i może się odbywać na życzenie kobiety w warunkach szpitalnych. Taki tok postępowania przyjęto wycho­dząc z założenia, że decyzja o tym, czy kobieta chce rodzić, powinna należeć do niej samej. Państwo, służba zdrowia gwarantuje kobie­cie możliwość wykonania zabiegu w możliwie najlepszych warun­kach, w których szkodliwość zabiegu zostaje zredukowana do mi­nimum, jednak pewne ryzyko zawsze istnieje.

Zabieg przerywania ciąży jest operacją. Polega ona na tym, że ostrym narzędziem usuwa się z jamy macicy błonę śluzową, a wraz z nią amputuje się zagnieżdżone jajo płodowe. W późniejszym okresie (zabieg można wykonywać tylko w pierwszych tygodniach ciąży) jest to już nie jajo płodowe, a płód.

Przerywanie ciąży, popularnie nazywane „skrobanką”, jest na pewno zabiegiem brutalnym. Powstaje po nim z reguły mniej lub bardziej groźny stan zapalny jamy macicy, zakażenie jest nieunik­nione. Oczywiście w warunkach szpitalnych zakażenie takie nie musi prowadzić do choroby czy zgonu, ale pozostawia zmiany bliz­nowate w błonie śluzowej macicy. Zmiany te wpływają na ilość powikłań ciążowych, która wzrasta przy następnych ciążach. Może być i tak, że kobieta w ogóle staje się niepłodna. Nie jest tak zaw­sze, ale z taką możliwością trzeba się Uczyć tak samo, jak z ewen­tualnością powikłań ciążowych — łożyskiem przodującym i innymi. Poddając się zabiegowi kobieta musi brać pod uwagę prawdopo­dobieństwo, że nie będzie nigdy mogła mieć dzieci.

Kobieta musi zdawać sobie sprawę z konsekwencji zabiegu. Są one dwojakie: zdrowotne, które pokrótce omówiłem, i psy­chiczne. Przerwanie ciąży to pozbawienie życia potomka. Praw­da, że ten potomek jest jeszcze bardzo problematyczny, że trzeba mieć dużo wyobraźni, by dojrzeć w nim człowieka. Trudno też oczekiwać, by każda kobieta była od razu uczuciowo związana z dzieckiem, które ma się urodzić. Ale wiele kobiet odczuwa zabieg jako zgładzenie człowieka, własnego dziecka. Dla nich zabieg jest prze­rażający, staje się obciążeniem psychicznym często ponad siły. Na pewno zależy to w dużej mierze od postawy kobiety, jej wycho­wania, nastawienia. Dla jednej usunięcie ciąży może być tragedią, dla drugiej zabiegiem higienicznym. U jednej ślad podjętej decyzji pozostanie na długo w jej psychice, u drugiej całe przeżycie ogra­niczy się do strony fizycznej.

Przed paru laty w Polsce podejmowano próby podważania usta­wy o dopuszczalności przerywania ciąży. Padały różne argumenty. Dyskusja wokół tej sprawy była dziwna, bo nie było zwolenników zabiegu. Byli tylko tacy, którzy postulowali jego zakaz, i tacy, któ­rzy przyjmując założenie, że jest to zabieg straszny, uzna­wali go jednak za niezbędny, za mniejsze zło w niektórych sytu­acjach.

I nie w zakazie jest droga do zwalczania „skrobanek”. Droga prowadzi poprzez szerzenie kultury, propagowanie antykoncepcji, wychowywanie. Przerasta to problemy seksu: jest to sprawa po­czucia odpowiedzialności ludzi, dla których chwilowe uniesienie nie powinno być równoznaczne z zatracaniem rozsądku.

Oczywiście łatwiej jest wydać zakaz niż przestrzegać go. Ale przy aktualnym stanie kultury seksualnej będzie to równoznaczne ze skierowaniem wielu kobiet do partaczy, znachorów, babek.

Trudniej jest wychowywać. Jest to działanie długie, dające nie­wymierne efekty, ale chyba jedynie słuszne.