Dojrzewanie seksualne

Trudna decyzja

Chciałbym zająć się jednym z najtrudniejszych zagadnień, z jakimi ma do czynienia medycyna. Jest to zagadnienie, które znacznie przerasta problematykę medyczną, problem, w którym względy, prawdy lekarskie są ważną przesłanką, jednak nie jedyną i kto wie, czy zasadniczą? Chodzi o zabieg przerywania ciąży.

Zacznijmy od tła społecznego. Otóż, jak długo społeczeństwo nie będzie uświadomione, dopóki ludzie nie nauczą się regulować uro­dzeń (a ściśle zapłodnień), póki antykoncepcja nie stanie się spra­wą powszechną, zdarzać się będą przypadki ciąży niepożądanej. Niemniej jednak trzeba powiedzieć szczerze, że nawet najlepiej stosowana antykoncepcja może zawieść i wtedy mimo antykon­cepcji, rozsądku i poczucia odpowiedzialności człowiek staje wobec dylematu — co zrobić, jak postąpić, gdy niepożądana ciąża jest faktem.

Rzadko, ale bywa i tak, że człowiek nie powinien dawać życia potomstwu, że nie wolno wręcz do tego dopuszczać. Na przykład gdy ciąża jest następstwem gwałtu, gdy kobieta jest ciężko chora, dziedzicznie obciążona. Częstszym jednak problemem jest ciąża nieletnich dziewcząt. Można powiedzieć, że są to sytuacje wręcz dramatyczne, obciążające całe społeczeństwo, a jednocześnie dowód, że nie potrafi ono wychowywać ludzi odpowiedzialnych, kultural­nych. Czy to stwierdzenie rozwiązuje problem? Nie i nie jest w sta­nie rozwiązać go żaden z lekarzy, zwłaszcza ginekologów, gdy u młodocianej stwierdza ciążę. My, lekarze, jesteśmy przerażeni nieodpowiedzialnością młodej pary i zgnębieni losem dziewczyny.

I co dalej?

Oczywiście można być pięknoduchem, można być bezwzględnym i może nawet konsekwentnym i powiedzieć: istnieje świętość życia, człowiekowi nie wolno go niszczyć, nikt mu nie dał takiego upraw­nienia. W myśl tego rozumowania należy się zająć ciążą, która musi być donoszona. Problemu zatem nie ma: dziecko zostało po­częte, niech się więc urodzi. Wiele osób tak rozumuje. Ale jest to tylko część prawdy. Nierzadko mniejsze zło stanowi usunięcie w porę płodu niż urodzenie dziecka, które będzie nieszczęśliwe, może porzucone, a kiedyś być może wyrośnie na człowieka (na sku­tek wychowania) społecznie szkodliwego.

Ciąża, jej donoszenie i urodzenie dziecka nie chcianego może zdruzgotać życie i przyszłość małoletnich rodziców. Naturalnie moż­na powiedzieć, że sami są sobie winni. Ale i z tego niewiele wy­nika, bo konsekwencje winy spadają przecież nie tylko na bez­pośrednio zainteresowanych, ale i na ich najbliższych — dziecko, rodziców oraz na społeczeństwo.

Usuwanie wczesnej ciąży jest problemem ogromnie złożonym, trudnym i zależnie od punktu widzenia, z którego jest rozpatrywa­ny, każde wyjście można uznać za złe i dobre jednocześnie. Na pewno jednak każde wpływa w jakiś sposób na dalsze życie, głów­nie dziewczyny, na jej psychikę i zdrowie. Urodzenie dziecka przez młodocianą, niesamodzielną i nie przygotowaną do życia dziewczynę jest dla niej ogromnym ciężarem, komplikującym, a często i prze­kreślającym plany życiowe. Także zdecydowanie się na usunięcie ciąży odbija się na niej. Sam zabieg nie jest obojętny dla zdrowia, a wykonany w nieodpowiednich warunkach bywa wręcz ryzy­kowny dla życia i zdrowia. Poza tym często dziewczyna, gdy jest już za późno, żałuje swego kroku, bo po latach może się oka­zać, że usunięty płód był jej pierwszą i jedyną szansą na macie­rzyństwo.

Szczegółowo o zapobieganiu ciąży

W poprzednich artykułach omawiałem problemy nie przemyślane­go i nierozsądnego podejmowania aktywności seksualnej. Wyraziłem pogląd, że jedynie stosowanie środków antykoncepcyjnych może uchronić od następstw, których waga przerasta często wyobraźnię młodych podejmujących współżycie. Pisałem także o tym, że wiele osób wykazuje w takich sytuacjach zupełny brak odpowiedzialności.

Badania ankietowe, jakie przeprowadziliśmy wśród młodzieży, głównie studentów, wykazały, że tylko nieznaczny procent spośród nich stosuje środki chroniące przed niepożądaną ciążą. Podobnie jest wśród dorosłych.. Główny Urząd Statystyczny podaje następu­jące dane z roku 1972 (nie sądzę, by obecnie sytuacja się zmieniła).

Najczęstszą metodą antykoncepcji był stosunek przerywany: w mieście 18,8%, na wsi 24,6%. Na drugim miejscu — kalendarzyk małżeński: w mieście 14,6%, na wsi 8,9%. Prezerwatywy używane są znacznie rzadziej: w mieście 6,4%, na wsi 3%; pigułki doustne: w mieście 2,3%, na wsi 1,1%, inne środki, jak: globulki, gąbki, kap­turki, spirale domaciczne itp. stosowane były tylko w ułamkach procentów.

To samo źródło podaje, że co trzecia kobieta w mieście i 8,6% kobiet na wsi przynajmniej raz w życiu poddawała się zabiegowi przerywania ciąży.

Obraz, jaki się jawi na podstawie tych danych, jest ponury. Okazuje się, że zdobycze medycyny i techniki praktycznie do sze­rokich mas ludzi nie docierają, że wiele osób pod względem współ­życia jest na poziomie ludów pierwotnych czy, w najlepszym przy­padku, mieszkańców krajów trzeciego świata.

Dlaczego tak jest?

Pewną odpowiedź możemy znaleźć w listach czytelników. Bar­dzo często piszecie do nas o poradę, zastrzegając, by nie kierować Was do lekarza, bo i tak nie pójdziecie. Istnieje więc niewytłuma­czalne zjawisko wstydliwości, któremu być może winni są i leka­rze. Zdarzają się sytuacje, kiedy lekarz nie postępuje dość sub­telnie, nie okazuje zrozumienia, nie przejmuje się, jak tego ocze­kuje pacjent. W małym miasteczku wszyscy się mają, wydaje się więc, że idąc do lekarza, ujawniamy swe sprawy wobec wszy­stkich.

Jest to sytuacja bardzo zła, bo wielu spraw nie można załatwić drogą korespondencyjną. Tak samo jak stosowania bardziej skom­plikowanych metod antykoncepcji nie można nauczyć się z lektury. Trzeba pójść do poradni, zaopatrzyć się w środki, otrzymać odpo­wiednie instrukcje od lekarza.

Uważam, że obawę przed pójściem do poradni trzeba koniecznie przełamać, ale „wstydliwym” proponuję wybrać się do najbliższe­go większego miasta, najlepiej wojewódzkiego, i tam zasięgnąć po­rady. Szczególnie namawiam do wizyty u lekarza specjalisty w po­radni Towarzystwa Planowania Rodziny.

A teraz spróbujmy ocenić stosowane metody zapobiegania ciąży. Zdumiewa popularność tak zwanych stosunków przerywanych. Od dziesiątków lat wiadomo, że jest to metoda iluzoryczna: nie zapo­biega skutecznie ciąży i nie jest obojętna dla zdrowia, a ściślej dla systemu nerwowego. Już w pierwszej fazie stosunku (a nawet przed jego rozpoczęciem) przy silnym podnieceniu seksualnym z cewki moczowej wydobywa się często niewielka ilość śluzu, w którym mogą się znajdować plemniki. Aby nastąpiło zapłodnienie komórki jajowej, nie jest konieczny cały ejakulat, wystarczy jeden plemnik, reszta i tak ginie. W czasie stosowania tej metody partne­rzy przez cały czas myślą o tym, by stosunek trwał jak najdłużej, by jego przerwanie nastąpiło rzeczywiście w ostatniej chwili. Każ­demu zależy na tym, by przeżyć orgazm jak najpełniej. Jednocześ­nie istnieje świadomość, że trzeba się opanować i przerwać w odpo­wiedniej chwili. Tak więc zamiast przeżywania rozkoszy seksual­nej, oboje partnerzy koncentrują swą uwagę na analizie reakcji. Stosunkowi towarzyszy lęk, zwłaszcza u kobiety, która przede wszystkim ponosi konsekwencje nieopanowania mężczyzny, a sama przecież nie ma na to wpływu. Okazuje się, że wiele kobiet, które stosują tę metodę, popada w nerwicę, współżycie niejednokrotnie staje się dla nich koszmarem i najchętniej z niego rezygnują. Taka sytuacja prowadzić może do oziębłości płciowej.

Kalendarzyk małżeński (z licznymi modyfikacjami) polega na wstrzemięźliwości płciowej w okresie jajeczkowania. Niekiedy okres płodny wylicza się z założeń teoretycznych; innym razem sto­suje się metody bardziej obiektywne, jak np. metodę termiczną. Chodzi o to, aby możliwie ściśle ustalać, w jakich dniach cyklu miesięcznego występuje owulacja. Założenie teoretyczne tych me­tod jest słuszne; tylko wtedy, gdy w narządach rodnych jest ko­mórka jajowa, może dojść do zapłodnienia.

Metoda termiczna wykorzystuje znane zjawisko, że w okresie jajeczkowania podnosi się ciepłota ciała. Mierząc codziennie o tej samej godzinie przed porannym wstaniem z łóżka ciepłotę w poch­wie i notując wyniki pomiaru, kobieta może poznać regularność swego cyklu. Po przedstawieniu wykresu położnej czy lekarzowi może otrzymać zalecenia, które jednak będą aktualne tylko dla niej. I jeszcze jedno zasadnicze zastrzeżenie: wskazówki te będą aktualne tylko wtedy, kiedy cykle miesięczne są i pozostaną regu­larne. Zdaża się bowiem, że w pierwszym okresie życia płciowego u młodych kobiet często występują pod wpływem silnych emocji zaburzenia cyklu. I wtedy łatwo o pomyłkę.

Skuteczność „kalendarzyka” bywa często wątpliwa w odniesie­niu zwłaszcza do młodych kobiet w okresie inicjacji życia seksual­nego. W ich przypadku metoda ta jest wątpliwa.

Zestaw środków chemicznych i mechanicznych jest dość duży. Stosowanie ich bywa mniej łub bardziej uciążliwe i wymaga wi­zyty w poradni, gdzie dowiedzieć się można, jaki środek stosować, jak się nim posługiwać. Skuteczność tych środków zależy od prze­strzegania techniki, niedbałość może wszystko zniweczyć.

Środki mechaniczne są różne: prezerwatywy nie są chętnie uży­wane, bo jakoby zmieniają odczucia. Być może niektórzy szczegól­nie wrażliwi ludzie przeżywają tego typu emocje. Ale tak twierdzą i chłopcy, którzy nigdy ich nie próbowali. Może więc warto się przekonać, prezerwatywy mają wiele zalet.

Na zakończenie dość zaskakujące spostrzeżenie: młodzi męż­czyźni często wstydzą się kupować prezerwatywy. Ano cóż, złożona jest psychika młodych ludzi, na pozór brutalnych, pewnych siebie, przechwalających się swymi sukcesami, a tak naprawdę — dzie­cinnych, wstydliwych i, niestety, prymitywnych.

Zapobieganie ciąży

Powołanie do życia nowego człowieka wiąże się z bardzo wielką odpowiedzialnością. Wiadomo, że wychowanie dziecka nie jest łatwe. Potrzebne są do tego umiejętności, dojrzałość, poświęcenie, e także właściwe warunki. Wydanie na świat potomstwa, któremu rodzice nie są w stanie zapewnić właściwych warunków rozwoju, jest lekkomyślnością i dowodem braku odpowiedzialności. Dziecko nie chciane, dziecko, któremu nie można zapewnić tego wszystkie­go, czego potrzebuje, wyrasta na nieszczęśliwego człowieka. Nie przewidziana, nie planowana ciąża jest dowodem głupoty, ciemno­ty i braku kultury.

Łatwo tak powiedzieć, ale wiadomo, że przyroda powiązała prokreację, dawanie życia potomstwu, z bardzo ważną sferą ludz­kiego działania — z erotyką, z seksem. Prawdą też jest, że czło­wiek zakochany, pożądając, nie zawsze chce mieć od razu potom­stwo, nie zawsze też powinien je mieć.

Dawniej był to problem nie do rozwiązania. Współczesna nato­miast nauka wyposażyła człowieka w możliwości zaspokajania po­pędu bez groźby niepożądanej ciąży. Dzięki opracowaniu antykon­cepcji człowiek współczesny oddzielił erotyzm od prokreacji i może dawać życie potomstwu wtedy, kiedy uważa to za celowe i kiedy tego chce.

Mógłby ktoś zapytać: jeżeli człowiek współczesny nie musi płodzić, kiedy pragnie tylko miłości, a nie macierzyństwa, skąd bierze się tak wiele dzieci, których narodziny nie cieszą, a mar­twią, napawają lękiem i trwogą rodziców?

Badania wykazują, że ludzie nie korzystają w takim stopniu, w jakim powinni, z antykoncepcji. Co więcej, badania prowadzone w niektórych środowiskach wykazały, że antykoncepcji nie stosu­je młodzież. A przecież, powiedzmy sobie szczerze, przede wszyst­kim w życiu seksualnym pozamałżeńskim (przedmałżeńskim) nie­pożądana ciąża jest nieszczęściem, szczególnie dla młodzieży! Nie­jednokrotnie potępiano młodzież twierdząc, że ciąża w tym okresie życia jest dowodem chuligaństwa seksualnego. Inni brali młodych w obronę dowodząc, że akt seksualny dla człowieka młodego jest takim przeżyciem emocjonalnym, że nie ma wtedy miejsca na za­biegi higieniczne, bo przecież taki charakter mają metody zapobie­gania ciąży.

Może rację mają wyraziciele obu opinii? Pewnie, bywa różnie. Spotykałem się wielokrotnie z młodymi mężczyznami, którzy pro­wadzili współżycie przedmałżeńskie, ale metody zapobiegania ciąży były im obce. Kiedyś usłyszałem od młodego chłopca jako wyja­śnienie: to sprawa dziewczyny, nie moja.

Bezmyślność, daleko posunięty egoizm czy po prostu głupota i brak kultury? Z pewnością wszystkiego po trochu.

Są różne metody zapobiegania ciąży, mniej i bardziej pewne, niestety, żadna nie daje stuprocentowej pewności.

Najpopularniejsze są metody biologiczne oparte na znajomości cyklu biologicznego kobiety. W zasadzie kobieta może zajść w cią­żę wtedy, kiedy stosunek odbywa się w okresie owulacji. Do za­płodnienia bowiem potrzebne są plemniki i komórka jajowa. Jeżeli stosunek odbywa się w czasie, gdy komórka nie jest dojrzała, za­płodnienie nie nastąpi. Problem w tym, by wiedzieć, kiedy dana kobieta jest w okresie koncepcyjnym, i przewidzieć, czy plemnik przypadkiem nie przetrwa w drogach rodnych, mimo że zostaje tam złożony przed dojrzeniem komórki. Żywotność plemników w pewnych szczególnych warunkach może być bardzo duża. Ogól­nie wiadomo, że czas koncepcyjny wypada na okres środkowy między dwoma miesiączkowaniami. Jeżeli kobieta ma zamiar opie­rać się na metodzie biologicznej, powinna nauczyć się dokładnie oznaczać okres swej płodności. Aby go ustalić, można stosować dość popularną metodę badania spoczynkowej ciepłoty ciała (me­toda termiczna).

Wiadomo jednak, że nie jest to metoda pewna. Wskazane jest więc w okresie płodnym stosowanie także innej metody zapobie­gania. Właściwie zawsze powinno się stosować dwie metody łącz­nie.

Od kilku lat poleca się środki stosowane doustnie. Ta niewąt­pliwa rewelacja medyczna spotkała się z mieszanym przyjęciem: wydawało się, że jest to metoda prosta i pewna. Budziła jednak zastrzeżenia ze względu na dość intensywną ingerencję w bardzo precyzyjny mechanizm biologicznego cyklu miesięcznego. Były i inne zastrzeżenia. Okazało się jednak, że wiele obaw, w świetle opinii uczonych, nie znalazło potwierdzenia i uzasadnienia.

Działanie tabletki polega na tym, że pod wpływem hormonu zostaje uniemożliwiona owulacja. Komórki jajowe nie dojrzewają, tak więc zajście w ciążę nie jest możliwe. Metoda ta wymaga sta­łej kontroli lekarskiej, powinna być stosowana na zlecenie lekarza i prawdopodobnie (na pewno nie wiadomo, gdyż nie prowadzono takich badań) nie nadaje się do stosowania przez młode dziewczę­ta. Natomiast obawy, że miałaby ona przyczynić się do wzrostu zachorowań na nowotwory, nie zostały potwierdzone.

Inne metody można podzielić na dwie grupy. Jedna to środki mechaniczne, które mają uniemożliwić przenikanie plemników do macicy kobiety. Najpopularniejsze środki mechaniczne to prezer­watywy, jedyny środek, jaki mogą stosować mężczyźni. Kobiety mogą używać kapturków, diafragmów. Środki te, jeżeli mają być skuteczne, muszą być dobrane indywidualnie u lekarza w porad­ni „K” dla kobiet.

Podobnym, choć inaczej działającym środkiem mechanicznym jest pętla, nazywana też spiralą śródmaciczną (pręcik plastykowy w kształcie pętli lub spirali). Zainstalowanie jej na dłuższy czas w jamie macicy zapobiega ciąży. Oczywiście tę metodę trzeba sto­sować pod kierunkiem lekarza.

Środki chemiczne to te, które zmieniają środowisko chemiczne pochwy na kwaśne, gdyż ono właśnie poraża ruchy plemników. Na tej zasadzie plemniki przestają być groźne, bo stają się nierucho­me.

Na zakończenie chciałbym przestrzec przed nieuzasadnionym, a dość powszechnym przekonaniem, że tzw. stosunek przerywany umożliwia uniknięcie zapłodnienia. Polega on na tym, że mężczy­zna przerywa stosunek tuż przed wytryskiem i ejakulacji dokonu­je poza pochwą. Wiele osób w to wierzy, ale bezpodstawnie, bo do zapłodnienia wystarczy minimalna ilość plemników, a taka ilość może wydobyć się z cewki już na początku stosunku. Poza tym jest to metoda nerwicogenna, partnerzy, zamiast skoncentrować się na przeżywaniu stosunku, skupiają uwagę na tym, by nie przerwać go zbyt późno, a jednocześnie chcą przeżyć akt do końca. Jest to sytuacja źle wpływająca na samopoczucie i jako środek zapobiegający ciąży nader wątpliwa. Tę starą metodę — starą, bo pierwsze doniesienie o niej znajdujemy w Biblii, trzeba pozostawić historii.

Zapobieganie ciąży jest zbyt poważną sprawą, by opierać się na wiadomościach niepełnych, gdzieś tam zasłyszanych. Rzetelne informacje na ten temat są potrzebne zarówno dziewczynie, jak i chłopcu, bo jest to sprawa ich obojga. Kulturę człowieka kiedyś mierzyliśmy ilością zużywanego mydła, dziś byłoby słuszniej mie­rzyć ją stosunkiem do płodności. I to nie tylko w teorii, ale i w praktyce.

Ciąża — ciąg dalszy

Chińczycy liczą wiek człowieka od chwili jego poczęcia. Wynika to z głębokiej mądrości. Życie człowieka zaczyna się nie od chwili porodu, a od momentu poczęcia. Noworodek jest już w dużym stopniu ukształtowaną istotą ludzką, która będzie się rozwijać.

Komórki rozrodcze są niewielkie. Komórka jajowa jest wpraw­dzie największą komórką ustroju ludzkiego, ale jest przecież tak mała, że trudno ją dostrzec gołym okiem. Plemnik można zobaczyć tylko przez obiektyw mikroskopu.

Z dwu mikroskopijnych komórek — komórki jajowej i plemni­ka — po dziewięciu miesiącach rodzi się dziecko, które ma już wszystkie narządy w miarę sprawne, waży przeważnie ponad 3 kg i jest zdolne do egzystencji.

Aby dziecko urodziło się zdrowe, muszą być spełnione pewne warunki. Po pierwsze, rodzice dziecka muszą być zdrowi. Istnieją schorzenia dziedziczne, które rodzice mogą przekazać dziecku poprzez komórki rozrodcze. Niektóre z nich to choroby groźne, inne to wady budowy czy funkcji pewnych narządów, które tylko nieznacznie mogą utrudniać życie czy też tylko nie­które czynności.

Przykładem pierwszego typu może być np. choroba Dawna, zwana niekiedy mongolizmem. Dziecko urodzone z taką wadą, jest niezdolne do dłuższego życia. Wada ta polega na odziedziczeniu nieprawidłowo zbudowanych chromosomów. Innym przykładem lżejszych wad wrodzonych może być np. daltonizm, czyli niezdol­ność do różnicowania barw. Daltonista nigdy nie będzie umiał pra­widłowo ich odróżniać (najczęściej barwy zielonej od czerwonej). Nie jest to wada poważna, nie zakłóca rozwoju życia, ale wyklucza wykonywanie pewnych zawodów.

Wady dziedziczne na ogół są przekazywane z pokolenia na po­kolenie (nie wszystkie). W rodzinach zazwyczaj wiadomo, że wy­stępują takie zjawiska, jak: hemofilia, daltonizm. Często można nawet prześledzić na przestrzeni pokoleń zgodnie z prawami dzie­dziczenia (prawa Mendla) występowanie tej samej wady. I można rokować, jaka jest szansa wystąpienia jej u potomstwa.

Lekarze znają cały rejestr schorzeń dziedzicznych, toteż bada­nia przed zawarciem małżeństwa, przed poczęciem dziecka, mogą zapobiec różnym wadom czy chorobom. Niestety, nie zawsze jed­nak jest to możliwe.

Do wad wynikających z praw dziedziczenia zaliczyć trzeba tak­że konflikt serologiczny. Jeżeli istnieje określony układ — matka ma krew grupy Rh—, zaś ojciec Rh + , to może on być przyczyną konfliktu. Układ odwrotny: ojciec Rh—, matka Rh+ pozostaje bez ujemnych konsekwencji. Dziecko urodzone z układu genetycznego: Rh— matka, Rh+ ojciec, może wejść w konflikt serologiczny z matką. W pewnym okresie ciąży organizm matki produkuje prze­ciwciała, które przenikając przez łożysko do krwi mogą powodo­wać u niego nadmierny rozpad czerwonych krwinek (hemoglobi­ny), a przez to prowadzić do niedokrwistości i żółtaczki hemolitycznej.

Czy znaczy to, że przed decyzją o potomstwie należy zbadać grupy krwi? Tak, dla ostrożności. Każdy człowiek powinien znać swoją grupę krwi, a decyzja zawarcia małżeństwa powinna wiązać się ze znajomością układu serologicznego przyszłych małżonków. Oczywiście nie sądzę, by niezgodność grup krwi miała decydować o tym, czy ludzie, którzy się kochają, powinni zawrzeć małżeństwo i mieć potomstwo czy nie. Jeżeli jednak wiadomo, że istnieje nie­zgodność, kobieta od początku ciąży musi być pod staranną i tro­skliwą opieką hematologa. Należy pamiętać, że w tym przypadku pierwsza ciąża (obojętne czy donoszona, czy nie) może być równo­cześnie ostatnią ciążą zdrową. I dlatego pierwsza ciąża w przypad­ku niezgodności czynników Rh powinna być za wszelką cenę do­noszona.

Pierwsze 3 miesiące ciąży, jak już wspomniałem, są szczególnie ważne. W tym okresie następuje kształtowanie narządów wewnę­trznych płodu, czyli — mówiąc fachowo — organogeneza. Po tym czasie narządy już tylko doskonalą swą budowę, dojrzewają funk­cjonalnie. Jeżeli organogeneza zostanie zaburzona w tych pierw­szych 3 miesiącach, dziecko rodzi się z wadą wrodzoną. Jest to więc okres szczególnie ważny. A równocześnie kobieta nie zawsze jest świadoma, że jest w ciąży.

Czynniki, które mogą zaburzać rozwój płodu w okresie organogenezy, są częściowo już znane. Wiadomo, że jeżeli matka w ciągu pierwszych 3 miesięcy choruje na niektóre choroby zakaźne lub wirusowe (np. grypa, różyczka) dziecko może urodzić się z wadą wrodzoną.

W okresie organogenezy zaburzyć rozwój i w konsekwencji spowodować wadę wrodzoną mogą także niektóre czynniki chemicz­ne czy fizyczne. I tak znana jest rola energii promienistej — ko­bieta w ciąży powinna unikać badań rentgenowskich, przebywania w pomieszczeniach, w których pracuje aparatura wytwarzająca energię promienistą.

Rola czynników chemicznych, a zwłaszcza leków, została wyja­śniona w tragicznych okolicznościach w niedawnej przeszłości. Bywa, że kobieta w ciąży, szczególnie w pierwszym okresie, często źle się czuje. Miewa mdłości, wymioty. Na Zachodzie wyproduko­wano lek, który znakomicie poprawiał samopoczucie, zapobiegał mdłościom, wymiotom u kobiet ciężarnych. Jako działanie uboczne powodował niestety zaburzenia organogenezy i dzieci matek, które zażywały go, rodziły się kalekie. Po wykryciu tej zależności lek wycofano z produkcji, ale ułomne dzieci zostały.

Dobroczynne działanie całej tej głośnej i przykrej sprawy po­lega jednak na tym, że od tego czasu uświadomiono sobie pewne fakty: w czasie ciąży środki chemiczne, kiedy indziej obojętne, mogą być groźne. Do tej kategorii środków trzeba zaliczyć także i leki. Przeprowadzono wiele badań nad teretogennym działaniem (wywołującym wady) wielu lekarstw, a lekarze stali się bardzo powściągliwi w zapisywaniu leków ciężarnym.

Wskazywałem na niektóre, najczęściej znane i spotykane czyn­niki, które mogą uszkodzić płód. Ale także brak niektórych skład­ników, zwłaszcza pokarmowych, może szkodzić. I tak dochodzimy do kapitalnego stwierdzenia. Kobieta w ciąży powinna od pierw­szego dnia, odkąd wie o swym stanie, być pod opieką lekarską, mieć dobre warunki życiowe, właściwe odżywianie i, co nie jest bez znaczenia, dobry nastrój psychiczny. Powinna także absolut­nie unikać takich trucizn, jak nikotyna i alkohol (nawet w naj­mniejszej dawce).

I znów dochodzimy do stwierdzenia generalnego, które było motywem przewodnim poprzedniego rozdziału: ciąża i macierzyń­stwo powinny odgrywać rolę nadrzędną; dobru i zdrowiu przy­szłego dziecka trzeba podporządkować wszystkie inne sprawy.

Ciąża

Macierzyństwo i ojcostwo jest najwyższym sposobem samorealiza­cji. W potomstwie bowiem realizuje się prawdziwa nieśmiertelność człowieka. We wszystkich kulturach potomstwo było otaczane co najmniej życzliwością, a nierzadko wręcz kultem.

Dla większości rodziców fakt stwierdzenia ciąży jest radosny. Świadomi i kulturalni rodzice w potomstwie widzą źródło wielkiej satysfakcji, choć wiąże się to ze świadomością nowych poważnych zadań, trudów, obowiązków, które spadają na nich. Dziecko w ro­dzinie to radykalna zmiana stylu życia, wymagająca wielu wyrze­czeń, odłożenia niektórych zamiarów i marzeń. Od początku ciąży zwłaszcza kobietę, przyszłą matkę, czekają trudne chwile, ale przecież ma je wieńczyć wielka nagroda. W fakcie ojcostwa po­twierdza się także mężczyzna. Młody mężczyzna dwa razy w życiu jest dumny z siebie, dwa razy się sprawdza w sposób oczywisty. Po raz pierwszy „pasowanie” na prawdziwego mężczyznę przecho­dzi w chwili inicjacji i pierwszego stosunku płciowego, drugi raz w roli ojca, gdy kobieta wtajemnicza go w nową sytuację — „bę­dziemy mieć dziecko”.

Zdarza się jednak, że wiadomość o ciąży jest dla obojga mło­dych wieścią iście hiobową — zwykle dla tych, którzy podejmowa­li życie seksualne tylko dla rozkoszy, satysfakcji, rozrywki (takie motywy także istnieją i nie jest moim zamiarem je potępiać) bez stosowania skutecznej antykoncepcji. Zawiodła ich wyobraźnia, nie wykazali rozwagi; przyznajmy — są to ludzie raczej o wątpliwej kulturze seksualnej, która polega między innymi na planowaniu rodziny. Planowanie to jednak nie tylko antykoncepcja, ale rów­nież planowanie dziecka.

Decyzja o posiadaniu potomstwa jest najpoważniejszą decyzją w życiu człowieka. Powinna ona nastąpić po szczegółowym rozwa­żeniu wszystkich okoliczności. Dziecku, które przyjdzie na świat, trzeba zapewnić warunki wszechstronnego rozwoju. Jest to nie tylko problem warunków bytowych. Oczywiście, mieszkanie jest ważne, także zarobki, ale ważniejszy czas na wychowywanie dzie­cka, atmosfera, jaka będzie je otaczać od chwili urodzin. Istotny jest wreszcie poziom wiedzy i kwalifikacji rodziców.

Tak już jest, że kiedy człowiek zapragnie założyć hodowlę ry­bek w akwarium, musi kupić sobie książeczkę o rybkach, poczytać, przygotować wyposażenie. Ludzie, którzy hodują psy rasowe, uczą się, jak należy je pielęgnować. Natomiast młodym rodzicom często wydaje się, że każdy człowiek, każda kobieta potrafi wychować dziecko… Toteż zbyt często przyszła matka nie przygotowuje się do nowej roli. Sądzi, że „jakoś to będzie”.

Opowiem autentyczne zdarzenie, które utkwiło mi w pamięci. Będąc w Kopenhadze, poznałem przygodnie polskiego emigranta, dość młodego człowieka, ożenionego z Dunką, który zaprosił mnie, abym obejrzał jego mieszkanie. Zaciekawił mnie standard życia przeciętnej duńskiej rodziny. Poznałem żonę swego znajomego i zo­stałem — nie bez dumy gospodarzy — oprowadzony po ich typo­wym podmiejskim mieszkaniu. Małżeństwo było młode i „na do­robku”, dlatego każdy drobiazg stanowił przedmiot ich wielkiego zadowolenia.

Obejrzałem kuchnię-laboratorium, łazienkę, wc, pokoje, wresz­cie z tajemniczą miną podprowadzili mnie do drzwi mówiąc: to najważniejszy pokój, naszego dziecka.

Wszedłem. Pokój czyściutki, posprzątany aż do przesady. Czu­łem się w nim trochę jak w muzeum. Na środku stała kołyska zasłana becikiem. W szafie stosy bielizny dziecięcej, pięknie wyhaf­towanej, w kąciku wanienka, plastykowy dzbanek na wodę, mydelniczka, ręczniki, ściereczki i jakieś pojemniczki. W innym ką­ciku stół, nocniczek plastykowy o wymyślnym, ale chyba celowym i wygodnym kształcie. Na ścianie wisiał termometr, a także wska­źnik wilgotności powietrza.

Tylko… dziecka nie było. Pokój robił wrażenie wystawy skle­powej, ekspozycji muzealnej, a może gabinetu wzorcowego w „szkole matek”.

Zapytałem, w jakim wieku jest ich dziecko i gdzie w tej chwi­li przebywa? I dowiedziałem się, że po prostu jeszcze go nie ma, a urodzi się za szesnaście miesięcy. Nie ukrywałem zdziwienia. Wtedy wyliczyli mi skrupulatnie: teraz oboje pracują, zarabiają tyle a tyle, spłacają raty za mieszkanie, za meble itp. Za tyle to a tyle miesięcy będą mieli znacznie mniej wydatków. W tym cza­sie on ukończy płatny kurs zawodowy, który podniesie jego kwali­fikacje i zarobki. Zaznaczyli, że z samochodem poczekają, aż dzie­cko będzie miało dwa lata, teraz samochód nie jest ważny, w każ­dym razie nie najważniejszy. Wyliczyli, kiedy poprawią się im wydatnie warunki, wtedy ona przestanie pracować i — snuli dalej swe plany — wyjadą na urlop do Hiszpanii, w czasie którego ona zajdzie w ciążę. Przed wyjazdem pójdą oboje do lekarza. Okres ciąży ona przeznaczy na opanowanie wiedzy o pielęgnacji niemo­wląt. Będzie czytać oraz chodzić na kursy. Na poród pojedzie do Polski (tak!), ponieważ tam są dobre szpitale położnicze (tak mó­wili, słowo daję!). Także, co ważne, jest teściowa, doświadczona kobieta, która w pierwszym „okresie pomoże. Z teściową zaprzyja­źniona jest pielęgniarka dziecięca, która praktycznie nauczy ich, jak obchodzić się z takim maleństwem.

Byłem wstrząśnięty. Mówili oboje „na wyścigi”. Wyraźnie byli dumni z siebie, ze swych koncepcji, rozwagi, realności precyzyjne­go planu. Widać było, że wszystkie szczegóły mają przemyślane, przedyskutowane do końca. Dziecko, którego nie ma, żyje w ich świadomości i jemu, jego przyszłości wszystko jest podporządko­wane, każdy szczegół ich planów życiowych.

Zapewne podobne rodziny można spotkać i u nas. Ja nie spot­kałem. U nas nie ma zwyczaju, by tak drobiazgowo planować ro­dzinę.

Plany Duńczyków wydały mi się trochę przesadne, „hodowla­ne”. Już sam fakt, że na wiele miesięcy wcześniej ustalili prawie datę poczęcia, trochę mnie zaszokował. Niemniej, czy tak nie po­winno być?

Wiele rodzin staje przed faktem dokonanym. Kobieta zaszła w ciążę i trzeba za wszelką cenę dopasować do tego faktu rzeczy­wistość. Może gdyby panowała u nas matematyczna rozwaga, pla­nowanie rodziny wręcz ekonomiczne, wiele dzieci nie urodziłoby się, bo w poczuciu odpowiedzialności niektórzy sądziliby zawsze, że jeszcze nie czas, że jeszcze za wcześnie? Może. Niemniej trzeba planować, a zwłaszcza przyjąć zasadę nadrzędności macierzyństwa jako zadania życiowego. I temu nadrzędnemu celowi powinno się podporządkować plany ekonomiczne, ambicje zawodowe kobiety i mężczyzny (tak!), perspektywy podróży, kupna samochodu itp.

Przykład duński tkwi w mojej pamięci i często go wspominam.

Narodziny życia

Życie nowej istoty ludzkiej powstaje w czasie miłosnego zespolenia kobiety i mężczyzny. Podczas stosunku płciowego, gdy nastąpi wy­trysk nasienia, plemniki zostają złożone w pochwie kobiety. Plem­niki są bardzo małymi komórkami; od innych komórek ustroju ludzkiego wyróżnia je zdolność poruszania się. Zawierają one w swym jądrze, oprócz nieznacznej tylko ilości substancji odżyw­czych, chromosomy, czyli nośniki cech dziedzicznych. Dopiero nie­dawno poznano istotę mechanizmu przekazywania tych cech, związaną z budową kwasu dezoksyrybonukleinowego (DNA), który występuje w chromosomach.

W jednej kropli ejakulatu (płynu nasiennego, zwanego inaczej spermą) znajduje się wiele tysięcy plemników. Po złożeniu płynu nasiennego w narządach rodnych kobiety, plemniki, przy sprzyja­jących warunkach, rozpoczynają wędrówkę w kierunku jamy ma­cicy, a następnie do jajowodów. Jeżeli w pochwie kobiety panuje kwaśny odczyn chemiczny, następuje porażenie i unieruchomienie plemników. Na tym między innymi zjawisku od dość dawna opie­ra się antykoncepcja. Chemiczne środki antykoncepcyjne stosowa­ne dopochwowo zawierają roztwór kwasów utrudniający zapłod­nienie^

Jeżeli wędrujący plemnik na swej drodze napotka dojrzałą ko­mórkę jajową, następuje zapłodnienie. Plemnik, który pierwszy dotrze do komórki jajowej, przenika przez jej błonę. W tej samej chwili błona komórki jajowej staje się natychmiast nieprzepu­szczalna dla innych plemników, które żyją jeszcze kilka godzin i giną. Przy życiu pozostaje tylko ten jeden najsilniejszy, który wniknął do jaja.

Komórka jajowa jest największą komórką ludzkiego ustroju. Jest tak duża, że przy pewnym wysiłku można by ją dojrzeć go­łym okiem. Zawiera ona również w swym jądrze chromosomy de­terminujące cechy dziedziczne. W przeciwieństwie do plemników, których jest bardzo wiele, komórka jajowa jest tylko jedna. Doj­rzewa ona w jajniku w ciągu około 4 tygodni. Na tym zjawisku opiera się tak zwany cykl miesięczny kobiety. Komórka jajowa jest nieruchoma. Po wypadnięciu z jajnika wpada do jajowodu i ruchami kosmków jajowodu oraz ruchami robaczkowymi jest przesuwana do macicy. Jeśli w tym właśnie czasie w drogach rod­nych kobiety znajduje się plemnik, następuje zapłodnienie.

Zapłodnione jajeczko dzieli się początkowo na dwie, potem na cztery i dalsze części i przybiera kształt zbliżony do owocu mor­wy. Jest zbiorem całej masy malusieńkich komóreczek, z których z czasem rozwiną się różne części organizmu.

Jest coś tajemniczego w tym wszystkim. Z drobin ledwo do­strzegalnych gołym okiem powstaje najwspanialszy mechanizm — ludzki organizm. Z bezładnej pozornie grudki niezróżnicowanych, prymitywnych komórek stopniowo wyłania się zarys przyszłej istoty, na razie zarodka. Zagnieżdża się on w rozpulchnionej, prze­krwionej błonie śluzowej macicy. W początkowym okresie, przez pierwsze 3—4 miesiące, zarodek odżywia się wprost z błony maci­cy. Pod koniec trzeciego miesiąca ciąży tworzy się łożysko, które pośredniczy w wymianie pożywienia między płodem a matką.

Komórki różnicują się, stając się zalążkami tkanek. Tkanki przemieszczają się, zajmując określone pozycje. Z tkanek rozwija­ją się różne części organizmu. Oczywiście wykształcające się na­rządy nie przyjmują od razu postaci dojrzałej. Wiele narządów, które tworzą się w pierwszych miesiącach życia płodowego, nie podejmuje początkowo samodzielnej pracy.

Zastanawiające jest, że kształtowanie się nowego organizmu ludzkiego przebiega zgodnie z jakimś idealnym planem, który jest realizowany przez nie znany nam do tej pory dokładnie system sterujący. Wiemy, że na pewno dzieje się to przy udziale wspo­mnianego już DNA, ale nie wiadomo, czy ogranicza się tylko do niego. Nie ulega natomiast wątpliwości, że okres, w którym kształ­tują się narządy, zwany okresem organogenezy, jest najważniejszy w życiu płodu, a później w życiu człowieka. Wszystko, co teraz się kształtuje, później już będzie mogło tylko się powiększać, doskona­lić, dojrzewać.

Czasami porządek ten może zostać zakłócony. Powstają wówczas wady rozwojowe, z którymi rodzi się dziecko. Ostatnio obserwuje się wzrost liczby urodzeń dzieci z wadami wrodzonymi. Badania wykazały, że istnieje sporo czynników, które — oddziaływając na kobietę w pierwszych 4 miesiącach ciąży — mogą zakłócić organogenezę. Szkodliwe dla płodu są niektóre substancje chemiczne, uznawane nawet w swoim czasie leki, np. produkowany na Zacho­dzie Talidomid. Wady wrodzone mogą też powstać na skutek cho­rób, na które zapada matka w okresie ciąży.

Pierwszy okres życia dziecka w łonie matki (dokładnie w ma­cicy) jest szczególnie ważny. Niesłuszne jest więc przekonanie, że kobieta ciężarna z uwagi na dziecko wymaga szczególnej opieki w ostatnich miesiącach ciąży. Najważniejsze dla przyszłego dziecka są właśnie pierwsze tygodnie.

Macierzyństwo i jego aspekty

Wiele małżeństw bezskutecznie oczekuje potomstwa. Wiele kobiet poddaje się skomplikowanym zabiegom, przechodzi operacje i zło­żone bolesne kuracje, aby móc zajść w ciążę. Wielu mężczyzn pod­daje się badaniom, bo jak wiadomo, za brak potomstwa mogą być odpowiedzialne nie tylko kobiety. Dla wielu małżeństw brak potomstwa jest tragedią, zrobiłyby wszystko, żeby tylko mieć dziecko. Niekiedy, gdy już tracą nadzieję na własne, adoptują dzie­ci cudze.

Już w bajkach opowiada się o bezdzietnych władcach, którzy zasięgają porad wróżek, aby mieć dzieci. Dla wielu kobiet ciąża jest wielkim i radosnym wydarzeniem. W dniu, w którym upew­niają się one o swym macierzyństwie, przeżywają chwile najwięk­szego szczęścia.

Potomstwo to często blask życia ludzi. Dla niego rodzice skłonni są ponosić wielkie ciężary i wyrzeczenia.

Czy dla wszystkich jednak ciąża jest czymś pożądanym? Czy dla wszystkich kobiet świadomość, że na pewno jest się w ciąży, jest radością? Niestety, nie. Zdarzają się przypadki, że kobieta czy młoda dziewczyna pragnie pozbyć się płodu. Bywa, że poddaje się jakimś znachorskim zabiegom, aby móc poronić. Bywa, że ko­rzysta z możliwości, jakie stwarza nasze ustawodawstwo, i doko­nuje zabiegu przerwania ciąży. A więc nie zawsze ciąża jest czymś pożądanym, nie zawsze oczekuje się na nią z utęsknieniem.

Ciąża i macierzyństwo wiążą się z wielkimi obowiązkami. Jeże­li ktoś ma warunki na wychowanie dziecka i rzeczywiście pragnie potomstwa, to wszystko w porządku. Ale jeżeli nie? Jeżeli ciąża staje się komplikacją życiową, jeżeli mamy świadomość, że nie mo­żemy dziecka wychować ani zapewnić mu znośnych warunków życia? Wtedy ciąża jest przekleństwem.

Współżycie seksualne, którego biologicznym celem jest płodze­nie potomstwa, wiąże się z bardzo silnymi i przyjemnymi przeży­ciami. Często jest związane z miłością, a więc z uczuciem, które należy do najpiękniejszych i najwznioślejszych. Zdarza się, że związek dwojga ludzi nie jest oparty na miłości, motywem jego jest chęć współżycia i przeżywania seksu. Nie jest to uczucie tak inten­sywne jak współżycie w miłości, ale wiąże się z nie mniej silnymi emocjami. Różne są motywy podejmowania współżycia, zazwyczaj inne są one u dziewcząt, a inne u chłopców.

Współżyciu seksualnemu młodych ludzi zawsze towarzyszy ry­zyko ciąży, która w ogromnej większości przypadków jest nie chcia­na i może być komplikacją życia. Mówi się niekiedy, że dziś już niepożądana ciąża przestała być groźna, przynajmniej dla ludzi kulturalnych. Nie jest to całkowitą prawdą. Faktem jest, że czło­wiek rozporządza dziś dużym wachlarzem skutecznych metod anty­koncepcji, ale prawdą jest także, że są powody, dla których anty­koncepcja nie jest w naszym kraju powszechnie stosowana. Badania ankietowe, jakie przeprowadziłem, wykazały, że wielu młodych ludzi (zbyt wielu) żadnej antykoncepcji nie stosuje. Jest to tym dziwniejsze, że badania były przeprowadzane w środowisku stu­dentów — i to medycyny.

Wiele może być powodów, dla których młodzi nie stosują anty­koncepcji. Niekiedy wynika to z niechlujstwa i głupoty, niekiedy z braku odpowiedzialności za swoje czyny.

Bywa też inaczej. Młodzi, którzy są w sobie zakochani, dla któ­rych stosunek nie jest zabiegiem higienicznym, tylko wielkim przeżyciem emocjonalnym, po prostu „nie mają głowy” do takich spraw. Zdarza się, że stosunek jest czymś niepowtarzalnym, unie­sieniem, zapomnieniem… I wtedy, tak jak zwycięzca olimpijski zapomina o bólu czy zmęczeniu, tak młodzi zapominają o antykon­cepcji. Ich jeszcze jestem w stanie zrozumieć, budzą mój szacunek, choć równocześnie głęboki niepokój.

Ustrój kobiety jest tak zorganizowany, że ciąża może się zda­rzyć tylko w określonych terminach. Nie zachodzą w ciążę dziew­częta bardzo młode, stosunkowo rzadko zdarza się to dziewczętom, które dopiero zaczynają miesiączkować. Wiemy o istnieniu tak zwanej „niepłodności okresu dojrzewania”, tylko że nigdy na pew­no nie wiadomo, czy dziewczyna jest rzeczywiście niepłodna, ani jak długo może to trwać. I choć statystyki wykazują, że na ogół przez kilka miesięcy, a nawet lat (2, czasem 3) dziewczyna po po­jawieniu się miesiączkowania jest niepłodna, to jednak może być inaczej. Znane są wypadki ciąży dziewcząt ¡bardzo młodych, nawet kilkuletnich. Prasa lekarska z roku 1939 doniosła o porodzie „naj­młodszej matki świata”, która urodziła dziecko mając około 6 lat…

Dawanie życia jest najdonioślejszym aktem, jakiego dokonać może istota żywa. A jednocześnie macierzyństwo i prokreacja są szczególnie brzemienne w skutki ze względu na społeczny charak­ter człowieka. I nic nie usprawiedliwia w tym zakresie bezmyślno­ści.

Jeżeli młoda dziewczyna przez chwilę zapomnienia czy też zwykłą głupotę zajdzie w ciążę, są tylko dwa wyjścia. Jedno to za­bieg, który może zostawić w psychice kobiety głębokie ślady. Oczywiście można sobie wmawiać, że płód to jeszcze nie dziecko, że tak robi wiele kobiet. To prawda. Tylko że nie zmienia to faktu, że jest to śmierć zadana płodowi. Zabieg przerwania ciąży jest zawsze zabiegiem okaleczającym kobietę i trzeba się liczyć z jego konsekwencjami. Przy tym trzeba pamiętać, że konsekwencje te są szczególnie niebezpieczne w młodym wieku.

Drugie wyjście to urodzenie dziecka, które skazane jest na to, że będzie dzieckiem nie chcianym i nieszczęśliwym. To również straszne. A więc?

Nie ma wyjścia. Jedynym rozwiązaniem jest panowanie nad instynktami i regulowanie swoich funkcji płciowych.

Dla niektórych oznaczać to będzie wstrzemięźliwość płciową przed małżeństwem. Tu decydują względy światopoglądowe. Jeżeli ktoś uznaje, że nie wolno współżyć poza małżeństwem, będzie cze­kać. Dla innych jest to niemożliwe albo nieuzasadnione. Są tacy, którym opanowanie popędu przez okres niebagatelnie długi wydaje się czymś nieosiągalnym. I będą tacy, dla których akt ślubu jest tylko nie zmieniającą niczego formalnością; można być człowie­kiem szlachetnym i pięknie kochać bez ślubu i można być łajda­kiem w małżeństwie. Istnieją też ludzie, dla których normatywy etyczne zabraniające współżycia przed małżeństwem są dziwne i niezrozumiałe.

Wszyscy ci, jeżeli podejmują życie seksualne, muszą pamiętać, że nic nie usprawiedliwia bezmyślności w kreowaniu nowego życia. Pozostaje im tylko antykoncepcja.

Jest rzeczą równie zadziwiającą, jak i straszną, że tak mało lu­dzi w Polsce stosuje antykoncepcję.

Bezmyślność czy brak elementarnej kultury seksualnej?

Problemy rodziny

Być może zdziwi Was ten tytuł poruszającej za­gadnienia kultury seksualnej. Kultura seksualna i problemy rodziny są zagadnieniami nawzajem zazębiającymi się i dlatego tym osta­tnim chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi.

Rodzina jest podstawową komórką społeczną. Brzmi to jak tru­izm, ale ma głęboki sens. Na przestrzeni wieków rodzina przybiera­ła najróżniejsze kształty. Dziś jeszcze w różnych kulturach na na­szym globie można spotkać wiele modeli rodziny, kierujących się zu­pełnie odmiennymi prawami i zasadami niż u nas. Szczególnie w ostatnich latach, w naszej cywilizacji, w tej podstawowej komórce społecznej zaszły ogromne zmiany. Obecnie na rodzinę, jej charak­ter rzutuje przede wszystkim kobieta. Zmiana roli kobiety w spo­łeczeństwie, awans, jaki osiągnęła, wywołał jednocześnie zmiany w rodzinie i zachwiał jej tradycyjną strukturą. Od momentu równo­uprawnienia, dającego kobiecie możliwość kształcenia się, zdobycia zawodu, rozpoczęcia pracy poza domem, zaczął zanikać typ rodziny patriarchalnej, w której dominującą i najważniejszą osobą był męż­czyzna. Równouprawnienie pozwoliło zdobyć kobiecie nie tylko nie­zależność materialną, ale dzięki temu dokonał się również ogromny proces zmian w jej psychice. Kobieta staje się równorzędnym par­tnerem mężczyzny, a w wielu rodzinach nawet ujmuje ster w swe ręce i wiedzie w niej prym. Coraz częściej można spotkać domy, w których mężczyzna prawie się nie liczy; kobieta podejmuje wszystkie ważniejsze decyzje i wychowuje dzieci.

Proces ten kryje w sobie wiele niebezpieczeństw. Przede wszy­stkim wyłania się niezmiernie istotny problem: kto w takim razie w rodzinach, w których matka pracuje zawodowo, powinien zajmo­wać się wychowaniem dzieci? Czy może podołać temu matka, która zaraz po urlopie macierzyńskim idzie do pracy i zostawia dziecko prawie na 10 godzin?

Najczęściej dziecko przebywa w tym czasie w żłobku. Dla wielu kobiet jest to jedyna możliwość zapewnienia mu opieki. Jedyna, co nie oznacza wcale dobra. Prawdą jest przecież, że dzieci wychowu­jące się w żłobku rozwijają się ruchowo wolniej niż ich rówieśnicy w rodzinie, później też zaczynają mówić i mają znacznie mniejszy zasób słów. Częściej chorują na choroby infekcyjne, bo żłobek sprzyja wzajemnemu zarażaniu się. Są to niewątpliwie złe stro­ny żłobka, ale, moim zdaniem, nie najpoważniejsze, bo można je z czasem odrobić. Najpoważniejszy mankament wychowania żłob­ka to przede wszystkim pozbawienie dziecka, przebywającego w nim przez wiele godzin, możliwości prawidłowego rozwoju uczu­ciowego.

W rodzinie wokół niemowlęcia krząta się najczęściej wiele osób dorosłych: matka, ojciec, często dziadkowie i starsze rodzeństwo. W żłobku sytuacja jest odwrotna — jedna osoba dorosła (obca, za­pracowana) musi zajmować się kilkorgiem dzieci..

Rozwój człowieka zawsze, a. w okresie dzieciństwa szczególnie, jest determinowany przykładem, kontaktem z ludźmi dojrzałymi, mądrymi, od których można się wiele nauczyć. Nigdy człowiek nie robi tak kolosalnego, fantastycznego postępu, nie rozwija się tak gwałtownie i nie osiąga tak wiele, jak w pierwszych latach życia. Największe tempo rozwoju człowieka ma miejsce w pierwszym roku życia. Później maleje ono nieco, ale nadal jest ogromne w porów­naniu z następnymi okresami. Z bezradnego, bezbronnego noworod­ka, który bez pomocy człowieka dorosłego żyłby najwyżej kilka go­dzin, wyrasta w ciągu trzech lat malec, który opanował spionizowaną postawę ciała, nauczył się chodzić, poruszać dość sprawnie dłońmi, rozumieć mowę i wyrażać swoje myśli. W tym okresie ży­cia człowiek zdobywa wiele umiejętności, które tylko pozornie wy­dają się prymitywne i proste (np. opanowanie zwieraczy i regula­cja wypróżnienia). Nauczenie się tego wszystkiego wymaga ogrom­nego wysiłku. Oczywiście znacznie łatwiej i szybciej przychodzi ta nauka dziecku, któremu pomaga matka przebywająca z nim stale. Niestety, żłobek nie sprzyja temu. Dla prawidłowego rozwoju każ­dego dziecka niezbędna jest więc rodzina i stała opieka matki nad dzieckiem.

W praktyce najczęściej jest to trudne do realizacji, a w wielu przypadkach wręcz niemożliwe, bo sytuacja materialna nie pozwa­la kobiecie zrezygnować z pracy zawodowej. Często zdarza się również, że kobieta — chociaż sytuacja materialna rodziny jest bardzo dobra — nie chce się wyrzec swoich aspiracji zawodowych i nie bacząc na dobro dziecka oddaje je pod opiekę obcej osobie. Moim zdaniem, nie jest to postępowanie słuszne, bo w pierwszym okresie życia dziecko powinno wychowywać się w rodzinie.

Potrzeby dziecka dość szybko zmieniają się. Przedszkole, w od­różnieniu od żłobka, sprzyja jego rozwojowi. Kształtuje pozytywne cechy charakteru małego człowieka, np. umiejętność podporząd­kowania się grupie, współżycia z rówieśnikami.

Wiele miejsca poświęciłem roli matki w wychowaniu dziecka w najwcześniejszym okresie życia. Nie chciałbym, aby ktoś mnie posądził, że z tego obowiązku wychowawczego zwalniam mężczy­znę — ojca dziecka. Kiedyś zresztą popełniano zasadniczy błąd twierdząc, że wychowanie dzieci jest wyłącznie sprawą matki, a ojciec nie jest właściwie do tego potrzebny. Rola ojca w wycho­waniu dziecka, zwłaszcza syna, jest ogromna. Jest on dla syna wzorem, od niego dziecko uczy się zachowań, postaw. W sposób pełny może się tego nauczyć będąc w stałym kontakcie z ojcem, podczas wzajemnych zabaw, rozmów, dyskusji.

W poradni, którą kieruję, zajmuję się między innymi zjawi­skiem nieprzystosowania społecznego młodzieży. Okazuje się, że prawie w każdym przypadku korzenie tego przykrego zjawiska patologii społecznej tkwią w rodzinie: w jej wadliwej strukturze i funkcjonowaniu. Do poradni najczęściej trafia młodzież z rodzin rozbitych lub błędnie funkcjonujących. W rodzinach tych wzajem­ne kontakty rodziców z dzieckiem są powierzchowne, sprowadzają się właściwie do sporadycznych rozmów o stopniach i nauce. Mło­dzi ludzie, choć akceptują taką sytuację, mają jednak żal do ro­dziców, że okazują im tak mało zainteresowania, że nie potrafili we właściwym czasie wytworzyć atmosfery wzajemnej przyjaźni i miłości.

Noc poślubna

Pod pojęciem tym rozumiemy inicjację współżycia seksualnego pary ludzi związanych ze sobą trwałym związkiem; nie chodzi więc o for­malny ślub, ale o wydarzenia, jakie następują po podjęciu świado­mej decyzji wspólnego pożycia seksualnego. Chciałbym w rozdzia­le tym pisać o takim związku, w którym jeżeli nie oboje, to przy­najmniej jedno z młodych ludzi — zwykle dziewczyna — nie ma doświadczeń seksualnych. Niekiedy oboje dopiero rozpoczynają wspólne pożycie. Często dzieje się to w czasie tzw. podróży poślub­nej, kiedy indziej na wspólnej wyprawie turystycznej, wczasach, wakacjach lub w podobnych okolicznościach.

Wzorców dostarczała nam nawet dramaturgia czy scenariusz z wiejskiego wesela. Para udawała się do swego pokoju, aby w sa­motności „skonsumować” związek. Na chwilę tę z napięciem ocze­kiwali oboje. Każde wiązało z nią jakieś nadzieje, ale także i nie­pokoje. Mężczyzna miał zdać egzamin z męskości. Męskość ta, ro­zumiana dość prosto, oznacza dziarskość. Młody człowiek miał więc natychmiast być zdolny do stosunku — powinien na sytuację zare­agować intensywnym wzwodem, dokonać defloracji partnerki, po­konać wszelkie opory i trudności bez wahania, szybko, sprawnie i skutecznie. Zgodnie z takim wzorcem kobieta przyjmowała jego działanie, okazywała brak doświadczenia — powinna nieco krwawić, a także zachować umiar, nie manifestować zbyt wyraźnie swych chęci, nie wykazywać zbyt wiele zapału do pieszczot, ale docenić sprawność partnera. Dobrze byłoby, aby subtelnie, ale wyraźnie poświadczyła tę sprawność wobec otoczenia.

Wzorzec taki jest równie prymitywny, co i anachroniczny.

Hindusi, którzy jak głosi tradycja, byli znakomitymi „fachow­cami” w sztuce kochania, zalecali bardzo szczegółowo, w jaki spo­sób mają się zachować „młodzi”. Najciekawsze, że proponowali przez kilka dni, około tygodnia, trwającą wstrzemięźliwość i po­wstrzymywanie się od stosunków płciowych. Przez ten czas młodzi mieli przebywać ze sobą blisko, sypiać razem, pieścić się, ale nie od­bywać stosunku. W tym okresie mężczyzna uczył kobietę dozna­wania rozkoszy, oswajał ją ze swą nagością. Mieli oboje poznać wzajemnie swoje ciała. Była to właściwie gra wstępna, prolog do pełnej miłości. Współcześni seksuolodzy nazwaliby takie zachowa­nie uprawianiem pettingu w pierwszym okresie związku. Rady Hindusów były mądre.

Jak więc powinna wyglądać współcześnie „noc poślubna”? Są­dzę, że warto zalecać odkładanie stosunku na okres późniejszy. Fak­tem jest, że pierwszy stosunek dla kobiety związany jest z pew­nymi dolegliwościami (pisałem już o tym). Przy pierwszym stosun­ku dochodzi zazwyczaj do przerwania błony dziewiczej. Wiąże się to z bólem, może niekoniecznie bardzo dotkliwym, ale czasem je­dnak odczuwalnym. Bywa zresztą różnie. Przerwaniu błony, czyli defloracji, towarzyszy zazwyczaj niezbyt wielkie krwawienie, ale trzeba wiedzieć, że może zdarzyć się także dość obfity krwotok. Dzieje się tak wtedy, kiedy w czasie uszkodzenia błony zostanie przerwane większe naczynko •krwionośne. Bywa i tak (naprawdę bardzo rzadko), że potrzebna jest pomoc lekarza chirurga w opa­nowaniu krwawienia.

Czy zawsze następuje krwawienie i czy jego brak świadczy prze­ciw „cnocie” kobiety? Niekoniecznie. Błona dziewicza bywa niekie­dy tak skórzasta i mocna, że nie można jej przerwać przy pomocy wprowadzonego penisa. Wtedy defloracja musi nastąpić ręką, a nie­kiedy nawet zachodzi potrzeba interwencji chirurgicznej. W innych krańcowych przypadkach błona może być jakby szczątkowa i wła­ściwie nie utrudnia wprowadzenia penisa, a mężczyzna nie odczuwa żadnego oporu. Jeżeli jednak doszło już do defloracjii, to pamiętać trzeba, że bardzo rzadko w czasie tego pierwszego stosunku kobieta osiąga orgazm. Na przeszkodzie stoi ból, a także jej emocjonalne na­stawienie. Kobieta boi się pierwszego stosunku, gdyż przez całe la­ta przestrzegano ją przed współżyciem seksualnym. Mężczyzna w takich okolicznościach najczęściej jest napięty, podniecony, często ma małe doświadczenie w zakresie seksu i w konsekwencji stosunek trwa krótko, zbyt krótko, by kobieta mogła osiągnąć orgazm. Zresz­tą może i nie jest to najgorsze, że zazwyczaj mężczyzna nie jest zdolny do zbyt długotrwałego działania. Przerwana błona to prze­cież rana, która jest drażniona, i im dłużej trwa stosunek, tym więcej może powodować bólu.

Mężczyzna sądzi, że powinien się „sprawdzić”, a wartość jego mierzy się liczbą stosunków w ciągu nocy. Często jest tak, że czekał na tę chwilę długo i gdy nie ma już przeszkód, chce nasycić się swym szczęściem. Ponawia więc zazwyczaj odbywanie stosunku, niekiedy rzeczywiście po kilka razy na dobę, w czasie tego miodowego okre­su. Dla kobiety nie jest to jednak bardzo często tak „miodowy” czas. Nie zagojona ranka, drażniona ustawicznie może ulec zakażeniu, co prowadzi do miejscowego stanu zapalnego. Ból wówczas wzmaga się i staje się trudny do zniesienia. W rezultacie u kobiety może się zro­dzić niechęć do współżycia. Uczucie to ma charakter przejściowy, ale w wielu przypadkach wywołuje trwałą niechęć do współżycia w ogóle.

Jak więc należy postępować?

Wzajemne oswajanie się powinno postępować powoli i stopnio­wo. Dziewczyna powinna poznać nagość mężczyzny, nie tylko taką z greckich rzeźb. Niektóre kobiety przyznają, że widok nagiego męż­czyzny w stanie podniecenia seksualnego napawał je lękiem i prze­rażeniem, niekiedy budził wstręt. To, co kiedyś będzie się liczyć ja­ko wartość — wielkość penisa w stanie wzwodu — może je przera­żać. Bo tak już jest, że nagość kobiety jest znana wszystkim, przy­najmniej z obrazów i zdjęć. Nagość mężczyzny w stanie wzwodu jest odkryciem dla wielu kobiet, i to, nie ukrywajmy, odkryciem nie zawsze fascynującym.

Młodzi muszą poznać nie tylko swoje ciało, ale również swe wza­jemne reakcje seksualne. Powinni nauczyć się przeżywania orga­zmu, co zwłaszcza dla kobiety jest bardzo ważne. Orgazm kobiety jest zjawiskiem bardzo złożonym. Może dochodzić do niego poprzez bardzo różne pieszczoty, niekiedy nawet odległych od narządów płciowych okolic erogennych. Orgazm może występować tylko w sy­tuacji, gdy kobieta akceptuje emocjonalnie partnera i sytuację, w ja­kiej się znajduje. Wszelkie zaburzenia emocjonalne mogą uniemo­żliwić doznanie orgazmu. Tak może być nawet wtedy, gdy stosunek trwa długo, ale kobieta z innych względów jest z niego niezadowolo­na, np. jeżeli się wstydzi, jeżeli partner ją czymś razi, odpycha psy­chicznie.

Do pierwszego stosunku powinno dojść wtedy, gdy oboje partne­rzy już do tego dojrzeją. Jest to także ważne dla mężczyzny, zwalnia go bowiem od obowiązku „terminowego”, jakby na zawołanie, dzia­łania. Na pierwszy stosunek młodzi powinni decydować się dopie­ro wówczas, gdy nie tylko wystarczająco przygotują się do inicja­cji, oswoją ze sobą, ale gdy naprawdę oboje będą tego pragnęli.

Petting

Baczny czytelnik zarówno dzieł naukowych, jak i popularnych od pewnego czasu napotyka wyraz dawniej nie znany w polskim ję­zyku — „petting”. Nazwa ta pochodzi z angielskiego, a w seksuolo­gii przyjęła się od czasu Kinseya. W polskim języku nie mamy od­powiedniego słowa oddającego tę treść. Bo petting to szczególna forma pieszczot, to forma kontaktu seksualnego. Polega na tym, że dwoje ludzi podejmuje bogaty wachlarz pieszczot — pocałun­ków, dotyku, głaskania, pocierania, ocierania itp. Pieszczoty te ma­ją doprowadzić do podniecenia seksualnego, a dalej do orgazmu. Rzecz polega na tym, że jest to wstępna gra miłosna, petting sam w sobie ma zastąpić kontakt seksualny w postaci stosunku. Jest to taka aktywność, w czasie której partnerzy wzajemnie się podnie­cają, doprowadzają do rozładowania napięcia, przy czym wykluczo­ny jest tu stosunek płciowy — czyli wprowadzenie członka do pochwy.

Jak podawał Kinsey, petting jest częstą formą aktywności seksu­alnej młodzieży amerykańskiej. Zapewne Amerykanie nie są tu ory­ginalni — takie pieszczoty znali już dawno wytrawni kochankowie, a nawet nie byłbym pewien,- czy nie celowali w nich średniowiecz­ni trubadurzy, którzy kochając nie „bezcześcili” swych wybranek. Nasza młodzież uprawia petting zapewne głównie z powodu obawy przed ciążą, bo taka technika wyklucza możliwość zajścia w ciążę, dając przy tym satysfakcję seksualną. Nie wiem, czy popularność pettingu nie pochodzi także i stąd, że jest to jednak coś innego niż stosunek: może to trochę i unik, może zakłamanie, ale dziewczęta chętnie się pieszczą, byle nie doszło do „tego ostatecznego”, co mo­że kompromituje, co może jest grzechem, co zostawia ślad w posta­ci defloracji?

Jak petting oceniają seksuolodzy?

Na ogół aprobują, choć od razu pragnę zaznaczyć, że bywają i tacy, którzy odnoszą się do pettingu z rezerwą.

Jakie są argumenty „za”?

Jeden, bardzo ważny — ale nie najważniejszy — to profi­laktyka niepożądanej ciąży. Oczywiście są i inne metody zapo­biegania, ale jak pisałem już, okazuje się, że nie są one dość powszechnie stosowane. W tych warunkach petting jest szansą.

Ważniejsza zaleta polega na jego wartości seksuologicznej. Wia­domo, że dziewczęta, młode kobiety mają duże wymagania w zakre­sie techniki współżycia. Wiadomo, że kobieta potrzebuje dużo wię­cej czasu, by podniecić się seksualnie, i bogatszych wrażeń, aby do­znać orgazmu. Ponadto wiadomo, że większość młodych mężczyzn nie potrafi kobiecie zapewnić satysfakcji seksualnej w czasie sto­sunku płciowego. Pisałem o tym omawiając przyczyny tak zwanej oziębłości płciowej. Dziewczyna musi aprobować partnera (w cza­sie pettingu też!), musi być przedmiotem długotrwałych i subtel­nych zabiegów ze strony partnera. Jej wrażliwość seksualna jest bardzo złożona. Na ciele kobiety są tak zwane okolice erogenne — są to miejsca na skórze czy błonie śluzowej szczególnie wrażliwe na dotyk. U mężczyzny takie miejsce, którego drażnienie (może lepiej pobudzenie) doprowadza do orgazmu, jest jedno — członek. U kobiety okolic erogennych jest wiele, a zazwyczaj nie ma jedne­go dominującego. Jeżeli nawet można odkryć takie miejsce, to jest to cecha indywidualna. Znany jest przypadek, kiedy to największą wrażliwość wykazywała kobieta na pocałunki w naskórek między palcami dłoni… I właśnie pocałunki w te miejsca doprowadzały ją do orgazmu. Tak więc mężczyzna, który uprawia ze swą partnerką petting, musi wykazać inwencję, włożyć wiele wysiłku, by poznać swą dziewczynę, aby nauczyć się „topografii” jej okolic erogennych, poznać jej wrażliwość i upodobania. Dalej, nie koncentrując się tyl­ko na własnych odczuciach (jak jest, niestety, zazwyczaj w czasie stosunku) uczy się poznawać reakcję kobiety, odczytywać właści­wie jej przeżycia. Uczy się wreszcie takiego działania, które dopro­wadzi ją do orgazmu.

W tej nauce bogatych form różnorodnych pieszczot dopatruje­my się zalet pettingu. Petting jest więc jakby lekarstwem na ego­izm — uczy altruizmu. A że przy tym sprawia i mężczyźnie saty­sfakcję, to tym lepiej.

Pisałem, że petting to forma wzajemnych pieszczot. Mężczyzna może oczekiwać od partnerki także pieszczot — aż do masturbacji włącznie. I znów kobieta przy tym uczy się z kolei ciała mężczyzny, jego reaktywności. Jest co prawda tak, że na ogół dziewczęta, szcze­gólnie mniej doświadczone, przyjmują postawę bierną — nie chcą pieścić chłopaka, nie chcą go dotykać, a jeżeli już — to raczej skłonne są do głaskania ramion, pleców, ale nie okolic najwrażliwszych. Dzieje się tak zapewne z powodu wstydu; kobiety w naszej kulturze wciąż uważają, że ideałem partnerki jest kobieta bierna, że „nie wypada” wykazywać inicjatywy, gorzej, „nie wypada” na­wet okazywać swej satysfakcji seksualnej.

Ten model zachowań jest anachroniczny i zły. Bywa, że kobieta nawet po wielu latach małżeństwa skarży się, że mąż nie potrafił jej usatysfakcjonować. Tylko że nigdy mu o tym nie powiedziała, a zawsze zachowywała się „tak jak wypada”, to znaczy jak martwa kukła. I nie może mieć w takiej sytuacji pretensji do męża; może i on kiedyś usiłował odgadnąć jej reakcje, poznać ją — ale dobrze maskowane były dla niego niezrozumiałe. I dał sobie wreszcie spo­kój uznając, że widać ma być tak jak jest.

Jeżeli dziewczyna wykazuje zahamowania, nie trzeba jej do ni­czego przymuszać. Trzeba uszanować jej wstydliwość, a opory przełamywać stopniowo, subtelnie, nie spiesząc się. Gdyby tylko je­szcze dziewczyny uwierzyły, że nie muszą być bierne, może szyb­ciej przełamałyby swoje zahamowania. A trzeba, aby uwierzyły, że kontakt dwojga ludzi szczerych, spontanicznych, aktywnych jest na pewno znacznie silniejszym przeżyciem niż taki tradycyjny.

Petting to także uczciwość. Dwoje umawia się, że dozwolone są wszelkie pieszczoty poza tym jednym — poza wprowadzeniem członka. I oboje przestrzegają umowy. Może być tak, że mężczyzna jest już doświadczony, że ma określone upodobania i że w pew­nym momencie chce odbyć stosunek. I wtedy wykazuje się swą uczciwością i opanowaniem mając na uwadze dobro dziewczy­ny.

Petting uprawiają na ogół ludzie młodzi i osobiście sądzę, że jest to dobra .szkoła kochania. Gdyby to ode mnie zależało, nakłaniał­bym wszystkich młodych, aby zanim rozpoczną pełne współżycie, nauczyli się pettingu i przez pewien okres (niezbyt krótki, może nawet około roku) stosowali go jako jedyną metodę kontaktów. By­wa także, że i potem taka technika może być podejmowana, na przy­kład w czasie ciąży, podczas choroby jednego ze współmałżonków czy w innych okolicznościach, kiedy stosunek jest przeciwwskaza­ny-

A teraz zastrzeżenia. Rzeczowych argumentów nie znam. Nie­którzy lekarze twierdzą, że petting jest szkodliwy, nie przytacza­jąc żadnych argumentów. Nie wiem więc, czy mają rację. Odno­szę wrażenie, że zasadniczym źródłem niechęci jest w ogóle potę­pienie kontaktów seksualnych, zwłaszcza wśród młodzieży. Ale to już raczej sprawa poglądów, a nie seksuologii (związki między nimi są ściślejsze, niż można przypuszczać!).