Dojrzewanie seksualne

Poradnictwo przedślubne

Rodzina jest podstawową komórką społeczną. Od kilkunastu lat w naszej cywilizacji obserwuje się objawy pewnego kryzysu mał­żeństwa. Oczywiście, dotyczy to także rodziny, ponieważ między tymi dwoma pojęciami istnieje ścisły związek.

Kryzys rodziny jest zjawiskiem głęboko niepokojącym. To praw­da, że na przestrzeni wieków rodzina jako instytucja ulegała prze­mianom. Różne też funkcje spełniało małżeństwo, bo zawierane było z różnych powodów. Ale aktualny kryzys jest chyba szcze­gólnie głęboki. Liczba rozwodów wzrasta. Rozpad małżeństwa to zawsze czyjaś klęska, zawód czyichś nadziei, perspektyw, marzeń. Często jest to klęska obojga rozwodzących się. Najgorzej, że jest to także klęska dzieci, w szczególności, jeśli są małe i znajdują się na tym etapie rozwoju, na którym nikt nie może zastąpić obojga rodziców.

Nie jestem futurologiem i nie wiem, czy rzeczywiście rodzina tradycyjna, tradycyjne małżeństwo „przeżyło się” i zaniknie. Moje osobiste przekonanie w tym zakresie nie musi nikogo interesować. Nie wiem też, czy wyjściem z sytuacji jest rodzina grupowa, która jak dotąd nie wyszła chyba z fazy eksperymentów w krajach Za­chodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że trzeba robić wszystko, co można, by małżeństwo umacniać i utrwalać. Nie sądzę, by ludz­kość potrafiła wymyślić coś bardziej doskonałego.

Podjęto wiele badań, które zmierzają do wyjaśnienia przyczyn kryzysu współczesnej rodziny. Nie wszystkie z tych badań dają proste odpowiedzi. Wiele jest niejasności. A przecież tylko wtedy, kiedy wiemy, jakie są przyczyny jakichś perturbacji, możemy szu­kać mądrych rozwiązań, skutecznie przeciwdziałać.

Wiadomo, że małżeństw« jest wtedy nietrwałe, kiedy ludzie za­wierający je podchodzą do swego działania bez należytej rozwa­gi, pełnej świadomości tego, że jest to jeden z najtrudniejszych wy­borów, jaki człowiek w życiu dokonuje. I to chyba jest najważ­niejsze.

Wiadomo, że pewne układy są raczej niekorzystne i że w pew­nych sytuacjach trudno jest przewidywać, czy małżeństwo będzie dobre, trwałe. Tak na przykład znaczna różnica wieku, zwłaszcza gdy kobieta jest znacznie starsza, a mężczyzna młodszy, rokuje zasadniczo niekorzystnie. Także różny poziom wykształcenia, tzn. gdy kobieta w tym zakresie znacznie przewyższa męża, może być zjawiskiem niepozytywnym. Znaczne różnice kulturowe, różnice ideologiczne przy fanatyzmie i braku tolerancji również nie wróżą niczego dobrego. Tylko że…

Tylko że nigdy nic nie wiadomo. Bywają małżeństwa zawierane na zasadach wydawałoby się fatalnych, które okazują się trwałe i szczęśliwe. I bywa, że rozwodzą się ludzie, którym rokowano jak najlepiej. Tak więc wszelkie porady, przewidywania mają wartość tylko orientacyjną, jak mówią naukowcy — wartość statystyczną; ale wyjątki w życiu zdarzają się bardzo często.

Co więc powinni robić ludzie, jeżeli chcą zawrzeć dobry związek, kiedy chcą uczynić wszystko, co można, by uniknąć niepowo­dzeń?

Po pierwsze, głęboko się zastanowić. To prawda, że miłość za­ślepia. Prawda, że człowiek zafascynowany czyjąś osobą niewiele widzi, nie bardzo „nadaje się do myślenia”, niezdolny jest do przeprowadzania poważnych analiz. To jest na pewno istotna trud­ność. Trzeba jednak starać się, by nie czynić niczego pod wpły­wem chwilowego uniesienia, w stanie wielkich emocji.

W tradycyjnej naszej obyczajowości istniał kiedyś okres narzeczeństwa. Był to czas, który pozwalał ochłonąć, zastanowić się, lepiej poznać osobę wybraną. I obecnie związek małżeński można zawrzeć tylko po okresie pewnego oczekiwania — od chwili zgło­szenia gotowości aż do chwili ceremoniału.

Obecnie postuluje się rozwój tak zwanego poradnictwa przed­ślubnego. Jest to ważna inicjatywa, choć bardzo trudna i skompli­kowana.

Istnieją poradnie przedślubne, do których mogą się zgłaszać młodzi, pragnący zasięgnąć porady dotyczącej swego projektowa­nego małżeństwa. Poradnie te organizowane są najczęściej przez Towarzystwo Planowania Rodziny i zatrudniają lekarzy, psycho­logów, socjologów, a niekiedy wprost ludzi z dużym życiowym do­świadczeniem.

Rola lekarza jest tu stosunkowo najprostsza, chodzi o stwier­dzenie, czy nie ma przeciwwskazań do zawarcia małżeństwa ze względów genetycznych i zdrowotnych. Genetyka wiele nam już wyjaśniła, ale pozostało jeszcze mnóstwo niejasności. Poradnictwo genetyczne jest na pewno sprawą przyszłości, natomiast dziś może­my udzielać rad tylko w niektórych sprawach. I tak wiadomo, że niektóre schorzenia są dziedziczone, że niektóre skłonności wy­stępują rodzinnie i jeżeli nastąpi ich kumulacja, może to źle ro­kować. Najlepiej poznany jest problem tak zwanej niezgodności serologicznej krwi i zagrażający konflikt w zakresie tak zwanego czynnika Rh. Rzecz polega na tym, że jeżeli matka ma grupę Rh—, a ojciec Rh + , to między płodem a matką może powstać konflikt, który może doprowadzić do uszkodzenia płodu. Ważne jest, by młodzi o tym konflikcie wiedzieli. Nie po to, aby miał on wykluczyć małżeństwo czy tym bardziej posiadanie potomstwa, lecz dlatego, by od początku czujnie śledzić przebieg ciąży i za­pobiegać jej powikłaniom.

Psycholog w poradni przedślubnej ma znacznie rozleglejsze pole do działania. Może na podstawie badań ustalić stopień doj­rzałości do podejmowania tak ważnej decyzji jak małżeństwo. Może wskazać na niebezpieczeństwa, poradzić, jak układać życie, aby pewne cechy psychiczne nie utrudniały współżycia. Często uświadomione cechy psychiczne mogą być mniej groźne — prze­cież człowiek może i powinien nad sobą pracować, może się zmie­niać, zawsze zresztą z czasem się zmienia.

Poza problemami obiektywnymi istnieje jeszcze subiektywna rola poradnictwa. Otóż wiadomo, że człowiek czasami odczuwa potrzebę poradzenia się kogoś, porozmawiania o swoich proble­mach, sytuacji życiowej, sprawach i szuka kogoś, z kim mógłby pomówić. To nie jest takie dziwne, jak mogłoby się na pozór wy­dawać: nie zawsze osoby bliskie są dobrymi doradcami. Osoby z najbliższego otoczenia mają także własne subiektywne sądy, oce­ny. Nie zawsze mogą zdobyć się na eliminowanie emocji. Inaczej mówi matka kochająca syna o przyszłej swej synowej, inaczej czło­wiek zupełnie obcy, nie związany emocjonalnie z rodziną. I ten charakter poradnictwa takiego bardziej „życiowego”, niezaangażowanego wydaje mi się najważniejszy. Ostatecznie często przychodzi się po poradę już z własną koncepcją, czasem podświadomie, cza­sem tylko po to, aby ją po prostu potwierdzić.

Warto rozważyć ewentualność odbycia wizyty, przeprowadze­nia rozmowy w poradni przedślubnej. Poradnie takie są prawie we wszystkich miastach wojewódzkich. Najlepiej zorganizowana i mająca największe tradycje jest poradnia w Warszawie przy ulicy Karowej 31. Myślę, że warto odbyć nawet daleką podróż przed podjęciem tak ważnej decyzji życiowej.

Poradnia warszawska prowadzona jest przez Zarząd Główny Towarzystwa Planowania Rodziny. Prowadzi ona także dział ko­respondencyjny. Adres ten sam — może warto chociaż napisać (choć nie wiem, czy drogą listowną można wiele w tej dziedzinie załatwić).

Osobiście przywiązuję wiele wagi do nowego przedmiotu, jaki został wprowadzony do szkół. Nosi on nazwę: „Przysposobienie do życia w rodzinie”. Wydaje mi się, że rozmowa na ten temat, oka­zja do dyskusji, przemyśleń jest tu bardzo ważna. Szkoda, że jak dotąd nie we wszystkich szkołach przedmiot ten jest realizowany.

Seks po skandynawsku

Nie tak dawno odwiedziłem dwukrotnie Szwecję: jako uczestnik międzynarodowego sympozjum poświęconego zagadnieniom wycho­wania seksualnego oraz jako żeglarz turysta. Dało mi to możność spojrzenia na ten kraj i jego mieszkańców z dwóch zupełnie od­miennych punktów widzenia.

Byłem w Szwecji zbyt krótko, abym mógł pretendować do roli eksperta i znawcy zagadnienia. Niemniej jednak poczyniłem pewne obserwacje i nasunęło mi się kilka spostrzeżeń i refleksji, którymi chciałbym się podzielić z czytelnikami.

O szwedzkiej seksuologii i tamtejszej metodzie wychowania seksualnego młodzieży krążą legendy: „Seks po szwedzku” fascynu­je, podnieca wielu publicystów, niejednokrotnie budzi entuzjazm ujawniany w prywatnych rozmowach, a oburzenie i potępienie w publikacjach oficjalnych.

Przeciętni, „normalni” Szwedzi żyją podobnie jak my i seks nie odgrywa w ich życiu jakiejś dominującej roli. Niewątpliwie jed­nak wiedzą więcej o tych sprawach, są mniej zakłamani i bardziej tolerancyjni. O potrzebach i upodobaniach seksualnych człowieka mówią spokojnie i beznamiętnie. Odnosi się wrażenie, że są po pro­stu dojrzali w dziedzinie erotyki i seksu.

Czy Szwedzi są rzeczywiście tak swobodni w życiu erotycznym, jak zwykło się uważać? Młodzież szwedzka łatwo nawiązuje kon­takty seksualne. Młodzi Szwedzi współżyją ze sobą jawnie, w kul­turalnych warunkach, a nie po kryjomu, w konspiracji. Jawne po­stępowanie w tej dziedzinie życia nie spotyka się z potępieniem i oburzeniem dorosłych i dzięki temu współżycie dwojga młodych ludzi nie odbywa się w warunkach przygodnych, antyestetycznych i niekulturalnych.

Przejawów rozwiązłości, rozpasania, niekulturalnego zachowa­nia się młodzieży w Szwecji nie widziałem, czego, niestety, nie moż­na powiedzieć o niektórych środowiskach młodzieżowych w naszym kraju. Wynika to zapewne z faktu, że młodzież szwedzka jest dużo lepiej przygotowana do życia seksualnego, wychowywana w atmo­sferze akceptacji erotyzmu, a nie zakłamania, które jest jeszcze powszechne w naszym kraju. Seks i erotyka w życiu Szwedów nie spotyka się z negacją i potępieniem, nie budzi sprzeciwów, nie jest przedmiotem drwin i szyderstw. Wydaje mi się, że takie podejście społeczeństwa do tego problemu — jeśli nie powoduje hipererotyzacji i przesłonięcia innych wartości przez seks — jest godne poza­zdroszczenia.

W Szwecji mówi się o sprawach seksu bardzo wcześnie, bez osłonek i przenośni, pozostawiając bardzo mały margines na domy­ślność. Właściwe wychowanie seksualne młodzieży polega na nau­czeniu seksu, co nas szokuje. Seksuologię traktuje się w tym kraju jako część nauk medycznych i biologicznych. Częste są głosy kryty­czne, że takie wychowanie seksualne zubaża ludzkie doznania, wypa­cza właściwe pojmowanie erotyzmu. Osobiście nie jestem przekona­ny, że tak musi być istotnie.

Chciałbym się chwilę zatrzymać przy szwedzkim przemyśle, handlu, biznesie, wykorzystującym i służącym seksowi. W Szwecji rozwinięta jest bardzo sieć sklepów z artykułami porno, głównie z wydawnictwami. W niektórych, nad półkami, umieszczone są in­formacje o charakterze poszczególnych wydawnictw. Nie brakuje tu patologii: są wydawnictwa dla pedofilów, homoseksualistów itp. Niektóre z nich mają treść zoofilną — są to pewnego rodzaju ko­miksy, w których obiektem seksualnych zabiegów jest jakieś zwie­rzę.

W przeważającej większości .wydawnictwa te są bardzo wulgar­ne, drastyczne i nieestetyczne. Nagość rzadko jest tu piękna, a przedstawione sytuacje najczęściej budzą odrazę i obrzydzenie. Wiele z tych albumów, książek, czasopism spotyka się ze sprzeci­wem i potępieniem.

Niektóre czasopisma są zaklejone taśmą, którą można zdjąć do­piero po ich kupieniu. Może jest to tylko chwyt reklamowy, bo trudno sobie wyobrazić coś jeszcze „mocniejszego” i bardziej dra­stycznego niż to, co oferują wydawnictwa, które można obejrzeć przed kupnem.

Wybór towarów w sklepach z artykułami porno jest właści­wie niewielki: przedmioty, które mogą być używane do uprawiania onanizmu, karty do gry z pornograficznymi ilustracjami, filmy i przeźrocza nie odbiegające poziomem od wydawnictw książko­wych i albumowych.

W sklepach tych, w centrum miasta, spotyka się wielu ogląda­jących, niewielu zaś kupujących. W bocznych zaś uliczkach skle­py te świecą pustkami. Interes jednak musi być dochodowy, skoro ich właściciele nie zmieniają branży. Niektóre sklepy mają na za­pleczu kameralne kina lub fotoplastykony. Ekspedientami są naj­częściej Afrykańczycy. Wbrew pogłoskom nie spotkałem zatrudnio­nych tutaj Polaków. Personel jest grzeczny, cierpliwy. Można tu godzinami oglądać, pytać i nikt nie ma pretensji, jeżeli się w rezul­tacie niczego nie kupi.

W Skandynawii mówi się, że klientami sklepów z porno są wy­łącznie obcokrajowcy. Nie jest to prawda. W domach, które odwie­dziłem, można było znaleźć sporo wydawnictw porno, zwłaszcza gdy w rodzinie był młody, dorastający chłopak. Rodzice są toleran­cyjni, czasem utyskują na zły gust i niewielkie poczucie estetyki syna, tym bardziej że można w Szwecji kupić wydawnictwa, w któ­rych przedstawiona nagość jest rzeczywiście ładna.

W Szwecji są też wielkie porno-kina, wyświetlające barwne filmy, a także lokale polecające seks-masaże, seks-relaks, seks-pozering (amator sam robi zdjęcia porno). Jednak oferty seks-biznesu i seks-przemysłu, choć dość urozmaicone, robią niewesołe wraże­nie i budzą smutną refleksję, że wielu ludzi nie potrafi zaspo­koić swoich potrzeb seksualnych w kulturalny i estetyczny spo­sób.

Moda — wyobrażenia a rzeczywistość

Pewne nawyki, wyobrażenia, wreszcie tak zwana moda w życiu naszego społeczeństwa odgrywają wielką rolę. Wiemy, jak silnie działa na wyobraźnię młodzieży przykład ich idoli, jak bardzo mło­dzi chcą upodobnić się do innych młodych zarówno wyglądem, jak i zachowaniem. Moda narzuca model zachowania: tak powinno być. Do tego trzeba dążyć. Jest źle, trzeba się wstydzić, jeżeli nie odpo­wiada się modelowi, jest się „nienowoczesnym”, jeżeli się nie jest zgodnym z „nurtem czasu”. Określenie: „dziewczyna niewspółczesna” to prawie obraza.

A jakie jest wyobrażenie o życiu seksualnym młodzieży?

A więc: młodzież wcześnie dojrzewa (to prawda), niewiele sobie robi z opinii, poglądów dorosłych (to też trochę prawda). Młodzież wcześnie zaczyna życie seksualne, a stosunki płciowe w środowisku młodzieży są zjawiskiem nagminnym. Trudno znaleźć osiemnastolatkę czy osiemnastolatka — „dziewiczych”. Życie seksualne mło­dzież (wciąż według wersji dorosłych) prowadzi niekulturalnie, nie docenia uczucia, jest nieromantyczna. Choroby weneryczne są po­wszechne. Ulubione zajęcia to prywatki, które są z reguły orgiami seksualnymi, i to zbiorowymi („gwiazda”, „chodzi lisek koło drogi” i temu podobne zabawy).

Taki obraz młodzieży jawi się często dorosłym. I taki obraz czę­sto, zbyt często przyjmuje ona jako prawdę, uważając, że z ocho­tą czy bez trzeba „mieć to już z głowy” i skończyć z „kompro­mitującą cnotą”. Na prywatce trzeba się rozbierać, bo tego wymaga współczesność (nowoczesność?), nakaz chwili, sytuacja. Inaczej pry­watka byłaby kompromitującym dziecięcym „kinderbalilkiem”…

A co mówią wyniki badań?

Coś wręcz przeciwnego.

Zakład Medycyny Szkolnej Akademii Medycznej w Warszawie zainicjował szerokie badania ankietowe na temat życia seksualnego młodzieży. Badania te były przeprowadzane w wielu ośrodkach kraju, w różnych środowiskach. Wynika z nich wiele bardzo cie­kawych informacji. Autorzy stwierdzili między innymi, że życie seksualne młodzieży przed 18 rakiem życia, w porównaniu z bada­niami sprzed lat, nie uległo przyspieszeniu, a opóźnieniu. Przed 18 rokiem, życia tylko około połowa chłopców i dziewcząt miała stosun­ki płciowe. Znaczna część — w chwili wypełniania ankiet — nie miała tego typu doświadczeń seksualnych.

Motywem kontaktów płciowych jest nadal bardzo często uczu­cie, które młodzi określają jako miłość. Co prawda występuje to częściej u dziewcząt. Pierwsze stosunki na ogół były wynikiem roz­mysłu, nieprzypadkowej decyzji. Partnerzy zazwyczaj znali się już dość długo — tu znów dziewczęta były bardziej „wymagające”. Sprzyjające okoliczności jedynie niekiedy przyspieszały podjęcie pierwszych kontaktów.

Prywatki jako miejsce kontaktów płciowych prawie nie odgry­wają żadnej roli. Tylko pojedyncze osoby podawały, że na prywat­kach dochodziło do kontaktów płciowych. Także stosunki pod wpły­wem alkoholu były raczej rzadkością.

Na pytania młodzi respondenci odpowiadali w sposób szczery, bardzo dojrzały i mądry. Wypowiedzi ankietowe dały obraz mło­dzieży zupełnie inny niż powszechnie kursujące poglądy.

Trzeba więc walczyć z błędnym i narzuconym obrazem. Model zachowań młodzieży jest zupełnie inny, jest pozytywny i nie ma się czego wstydzić. Okazuje się, że nowoczesność to niekoniecznie rozpusta i chamstwo seksualne.

Skąd wziął się tak fałszywy obraz?

Myślę, że są dwa tego powody. Po pierwsze — to mechanicz­ne adaptowanie na użytek własny wizji młodzieży Zachodu. Tam, być może, rzeczywiście młodzież pozornie tak wygląda, tak na zewnątrz się zachowuje. A może też tak się tylko wydaje postron­nym obserwatorom, przybyszom z innych krajów?

Po drugie — błędne odczytywanie zewnętrznych form zachowa­nia. Rzeczywiście niekiedy młodzi zachowują się, jak na przyzwy­czajenia dorosłych, nieco szokująco. Publicznie obejmują się i ca­łują, a starsi patrząc na to mysią: „co też oni robią, gdy są sami, jeżeli przy ludziach zachowują się tak swobodnie?” A oni na ogół nic, robią to samo także bez obserwatorów…

Miewam niekiedy pacjentów, którzy z zażenowaniem przyznają, że mając lat 18 jeszcze nie rozpoczęli życia płciowego. Czasem” do­dają, że wiedzą, iż to źle (?!) i że już na pewno wkrótce „to za­łatwią”.

Nie muszą. Nie mają się czego wstydzić; są — tak jak znaczna część młodzieży lat siedemdziesiątych XX wieku — zdrowi, mą­drzy, uczuciowi. I nie muszą zmieniać się, by pasować do fałszywe­go modelu!

Sny o treści erotycznej

Wśród zjawisk, które budzą niepokoje, jest problem snów. Jest to dla lekarza problem trudny i przyznam się, że w „snologii” nie je­stem biegły, ale skoro na ten temat jest tyle kontrowersji, posta­ram się to i owo wyjaśnić.

Nikt nie wie, dlaczego człowiekowi coś się śni, a nawet problem, czy sny są barwne, czy czarno-białe, nie jest jednoznacznie roz­strzygnięty. Osobiście sądzę, że skoro człowiek widzi na jawie bar­wy, to dlaczego we śnie miałby widzieć inaczej? Przecież obraz czarno-biały jest wynikiem pierwotnej technicznej niedoskonałości fotografii. Ale to najmniej ważne.

Ważne jest, dlaczego w ogóle ludziom coś się śni. Nie wiemy, czy śni się zawsze, być może po obudzeniu człowiek już snu nie pa­mięta, czy też może śni się tylko niektórym i czasami. Wreszcie to, co najważniejsze — nie wiemy, dlaczego ludzie mają sny o takiej, a nie innej treści, czy to od czegoś logicznego zależy i czy ma to jakieś znaczenie.

Ludzkość od bardzo dawna do treści snów przywiązywała wielkie znaczenie. Przecież wielu ludzi żyło (i to nieźle!) z prze­powiadania na podstawie snów, z wróżb, z „tłumaczenia snów”. Są nawet wydawnictwa książkowe, które nazywają się sennikami i które w porządku alfabetycznym wyjaśniają: „kurę czarną we śnie zobaczyć — szczęście pewne”.

Sny miały niekiedy wielki wpływ na ludzkie postępowanie. By­wało, że ktoś pod wpływem snu zmieniał decyzje, a biblijny Józef tłumacząc sen faraona o siedmiu tłustych i siedmiu chudych kro­wach uratował lud Jehowy w Egipcie przed niechybną śmiercią głodową…

Nauka także nie oparła się sugestiom snów. Wielki Zygmunt Freud także stworzył swoją teorię i coś w rodzaju sennika. Tu trzeba parę słów gwoli sprawiedliwości i uczciwości. Freud był wielkim uczonym. Był człowiekiem, który potrafił zauważyć zjawi­ska niedostrzegane przez innych, potrafił przełamać opory ludz­kich nawyków myślenia, potrafił — odważył się powiedzieć lu­dziom wiele rzeczy, których usłyszeć nie chcieli. I Freud jako ten właśnie burzyciel starych wyobrażeń, jako nowator w nauce, jako wreszcie ten, który szarpnął się na rzeczy „święte” i nietykalne, jako filozof to wielka postać naszej historii. Ale warsztat nau­kowy Freuda był nawet na miarę czasów — przełomu XIX i XX wieku — lichy i mizerny. Wartość nie wszystkich teorii Freu­da jest trwała, niektóre przeszły do historii jako ciekawostki lub kurioza.

Nie czuję się powołany do oceniania „teorii snów” Freuda, wiem natomiast, że teoria ta nie znalazła w praktyce nauko­wej i klinicznej szerszego odbicia czy zastosowania praktyczne­go. Może z wyjątkiem psychoanalityków, ale chyba też nie wszyst­kich.

Otóż Freud przywiązywał wielkie znaczenie do podświadomo­ści. Sądził, że w czasie snu zostają wyłączone hamulce kulturowe i obyczajowe i człowiek ujawnia wówczas swoje marzenia, dążenia, że obnaża się psychicznie, pokazuje się we śnie takim, jakim jest naprawdę i dlatego sen mógł wiele wyjaśnić. Ale czy wyjaśniał, i czy człowiek potrafi wiernie powtórzyć sen? Wiem, że to nie jest proste. Wreszcie, czy umiemy sen zinterpretować właściwie? Wątpię.

Myślę, że do treści snów nie należy przywiązywać zbyt wiel­kiej wagi. Sny prawdopodobnie są w jakimś związku przyczyno­wym z tym, co się dzieje na jawie, może nawet korespondują jakoś z naszymi marzeniami — tylko w jakim stopniu?

W młodości, zwłaszcza w okresie dojrzewania, psychika człowie­ka ulega bardzo silnej erotyzacji. Dzieje się tak głównie pod wpły­wem hormonów płciowych, ale pewnie i pod wpływem dojrzewa­nia ośrodków nerwowych związanych z seksem. Człowiek zaczyna interesować się sprawami płci, a chłopcy dodatkowo podlegają bardzo silnemu napięciu seksualnemu. Do rozmów wchodzi ja­ko stały temat erotyka, szuka się przecież także treści erotycz­nych w sztuce i literaturze i to jest wszystko rzecz zupełnie nor­malna.

W tym czasie pojawiają się sny erotyczne. Nie wiem, nie umiem powiedzieć, czy są one „zawinione”, czy są wywołane nastawie­niem człowieka na jawie. Ale nawet jeżeli tak — co z tego? Czy to coś złego? Dlaczego?

Chłopcy w czasie snu podlegają pobudzeniu seksualnemu. Tłu­maczymy to faktem, że pod wpływem wypełnionego pęcherza mo­czowego dochodzi do ucisku splotów nerwowych w okolicy mied­nicy małej i przez to do pobudzania ośrodka erekcji (wzwodu). Jest zjawiskiem normalnym, że chłopcy (a także mężczyźni) budzą się ze snu i często mają wtedy wzwody. Myślę, że już samo to — wzwód — może prowadzić do erotyzacji snów.

Wiemy, że chłopcy, którzy nie uprawiają onanizmu, podlegają w czasie snów nie tylko napięciu seksualnemu, ale następują u nich wytryski nasienia zwane polucjami. Jest to coś zupełnie normal­nego — i do czasu osiągnięcia etapu, na którym życie seksualne staje się uregulowane na jawie — sama natura reguluje zachowa­nie seksualne.

Podobnie kobiety — choć zdaje się jest to zjawisko rzadsze — podlegają tak zwanym nocnym orgazmom w czasie snu. Jest to rozładowanie napięcia seksualnego bez udziału świadomości, bez woli osoby nim dotkniętej. Jest to coś zupełnie naturalnego. Bywa­ją ludzie, którzy na skutek przesądów, wychowania w atmosferze negacji erotyzmu, uważają takie przeżycia za coś nieprzyzwoitego, złego. I tacy nawet martwią się występowaniem zarówno polucji, jak i nocnych orgazmów. Czy słusznie? Chyba nie. Erotyka jest integralną częścią natury, jest wartością niezaprzeczalną, może być źródłem satysfakcji — szczęścia, czemu więc ją odrzucać i potę­piać?

Niepokój z powodu snów erotycznych wywodzi się chyba z tej samej kategorii zjawisk. Wynika z braku akceptacji erotyzmu. Je­żeli ktoś popęd płciowy traktuje jako coś naturalnego i pozytywnego, to pewnie i sny erotyczne nie będą go niepokoić. Może nawet będą mu miłe, bo przecież na tym etapie życia erotyki na jawie nie prze­żywa się zbyt wiele.

Do treści snów nie przywiązywałbym wagi. Sądzę, że nie umie­jąc logicznie sensu snów tłumaczyć, można i należy przyjąć, że są one przypadkowe.

Gorzej, jeżeli sny są męczące. Bywa, że człowiek we śnie prze­żywa jakieś koszmary i budzi się potem zmęczony i zgnębiony za­miast być wypoczęty i rześki. Jeżeli tak, to chyba trzeba próbować temu zaradzić.

Higieniści mówią, że przed snem nie trzeba dużo jeść. Kolację powinno się jeść na kilka godzin (2—3) przed snem. Należy uni­kać męczącej lektury. Nie należy kłaść się spać bezpośrednio po dreszczowcach telewizyjnych, lecz poczytać jeszcze coś pogodnego. Chodzić na spacery. I spać w luźnej odzieży pod niezbyt ciepłą kołdrą, wreszcie — przez cały rok przy otwartym oknie.

A jeżeli przyśni się coś miłego, to cieszyć się, ale z dystansem. Myślę, że człowiekowi końca XX wieku nie wypada „wierzyć w sny”.

Pocałunek szczególną formą pieszczoty

Otrzymuję wiele pytań na temat pocałunków. Pytacie, czy wolno się całować, jak należy to robić właściwie, dlaczego ludzie się cału­ją, a nawet, czy pocałunek może spowodować ciążę (oczywiście nie!). Odpowiedź na te pytania nie jest prosta. Myślę, że nie można ogra­niczać się jedynie do zagadnienia pocałunku, który jest tylko pew­ną formą pieszczot; w czasie jego trwania — ujmując problem fiz­jologicznie (wiem, że zabrzmi to niepełnie i może nawet w tym miejscu trochę niemądrze) — drażnieniu ulegają receptory dotyko­we.

Pocałunki mogą być różne, wyraża się nimi różne uczucia. Nie wyobrażam sobie jednak, aby można było stworzyć jakiś „kodeks całowania się”. Propozycje na ten temat, które dotychczas otrzyma­łem od czytelników, są żenujące i żałosne. Techniki pocałunku nie można ująć w sztywne ramy wskazówek. Niefortunnie wypadają podejmowane próby wyręczania ludzkiej spontaniczności, wyobra­źni, stanu uczuciowego suchymi przepisami i wskazówkami.

Potrzeba doznawania kontaktu fizycznego z drugą osobą jest jedną z konieczności wewnętrznych człowieka i wykształca się we wczesnym okresie życia, kiedy kształtuje się więź uczuciowa. W ja­kimś związku z nią występuje nieodzowność kontaktu fizycznego: dotyku, pieszczoty (wszystkie zwierzęta, może jeszcze w większym stopniu niż człowiek, odczuwają potrzebę kontaktu fizycznego).

Badania przeprowadzone na zwierzętach wykazały, że pieszczo­ty mają wpływ na rozwój uczuciowy młodego zwierzęcia. Jeżeli zwierzę nie ma kontaktu z matką i nie jest pieszczone, nie rozwija się prawidłowo. Dlatego między innymi i u człowieka tak wielką rolę odgrywa karmienie piersią, które zapewnia bardzo bliski kon­takt fizyczny, niemożliwy do osiągnięcia w inny sposób na tym eta­pie rozwoju. Pieszczoty, dotyk dają także poczucie bezpieczeństwa. Zwierzę, gdy odczuwa lęk, przytula się do matki, ociera o nią, w jej towarzystwie czuje się bezpieczniej. Tak samo zachowuje się dziecko.

Dziecko także odczuwa potrzebę pieszczot, podobnie jak i matka, która chętnie je pieści. Nie są to pieszczoty erotyczne. Pocałunek dziecka jest inny niż pocałunek np. kobiety przez mężczyznę.

W czasie dojrzewania dziecko „traci chęć do pieszczot. Chłopcy szybciej niż dziewczęta wyzwalają się z tej potrzeby, stają się bar­dziej hardzi, „niedotykalscy” i nie kryją się z tym, że nie lubią mat­czynych pieszczot. Cenią sobie „męski” sposób bycia — na dystans. Ten stan trwa zazwyczaj kilka lat, a potem pojawia się potrzeba innych pieszczot i innego partnera.

Pieszczoty odgrywają znacznie większą rolę w erotyce kobiety niż mężczyzny. Trudno powiedzieć, czy jest to spowodowane nawy­kami kulturowymi, modą, obyczajowością, czy też jest to zjawisko uwarunkowane biologicznie. Faktem jednak jest, że dla kobiety pie­szczoty są źródłem większej satysfakcji i bogatszych przeżyć niż dla mężczyzny.

Jeżeli człowiek kogoś kocha, to chce być blisko niego, dotykać go i pieścić; jest to naturalna potrzeba ludzka i nie ma powodu jej się wstydzić.

Pocałunek jest szczególną formą pieszczoty. Okolica ust, a do­kładniej miejsce, w którym skóra przechodzi w śluzówki warg, jest szczególnie silnie unerwiona czuciowo. Wargi są więc wyjątkowo wrażliwe i dlatego właśnie one najczęściej uczestniczą w poca­łunku.

Zwyczajem swoiście polskim jest całowanie kobiety w rękę. W swoim czasie ten „cmoknonsens” zwalczał „Przekrój”. Może po­pularny tygodnik miał trochę racji. Ale jeżeli nawet pocałunek ko­biety w rękę jest zdawkowym objawem uprzejmości, formą powi­tania czy nawet wyrazem szacunku dla wieku — a więc jednak coś wyraża — gotów jestem uznać jego potrzebę w naszej obyczajo­wości. Zupełnie inaczej natomiast należy traktować całowanie ko­biety w rękę, gdy jest to wyrazem osobistego, spontanicznego za­angażowania uczuciowego mężczyzny.

Pocałunki w twarz, szczególnie w usta, mają już inne znacze­nie. Są przejawem pożądania, fascynacji, silnej więzi uczuciowej. Nie znaczy to wcale, że tak jest zawsze, bo przecież mogą one być także przejawem mody i tradycji. Pocałunki wynikające z chęci naśladowania i udowodnienia tego, że jest się już dorosłym i przy tym bardzo nowoczesnym, nie mają chyba sensu.

Często w listach, które otrzymuję, dziewczęta ,skarżą się, że zmuszane są do pocałunków, które budzą w nich wstręt. Ktoś kie­dyś porównał pocałunek osoby nie kochanej do dotyku surowego befsztyka do warg. Rzeczywiście, jest to uczucie strasznie nieprzy­jemne. Porównanie jest chyba trafne, bo pocałunek przez osobę, której się nie kocha lub nie darzy przynajmniej uczuciem sympa­tii, dostarcza jedynie nieprzyjemnych wrażeń i nie sprawia przy­jemności. Podczas wymuszonego pocałunku dziewczyna w najlep­szym przypadku myślami jest najczęściej zupełnie gdzie indziej, a w, każdym razie nie przy chłopcu, który ją całuje. W ‚takich sy­tuacjach często walczy ona z uczuciem obrzydzenia.

Zupełnie inne przeżycia i odczucia towarzyszą pocałunkom lu­dzi, którzy się nawzajem kochają. Szczególnie kobiecie dają one ogromną satysfakcję i bardzo często pocałunek podnieca ją seksual­nie. Zdarza się nawet, że niektóre kobiety całując ukochanego mężczyznę doznają orgazmu. Tylko wtedy, gdy ludzie kochają się naprawdę, jest miejsce na długi zmysłowy pocałunek (naiwni py­tają, ile powinien trwać?), nawet wymyślny, to jest taki, w którym dotykają się języki lub język dotyka warg partnera.

Ludzie kochający się całują się nie tylko w usta. Wiele kobiet doznaje bardzo intensywnych wrażeń podczas pocałunku w szyję, powieki, uszy, sutki i inne okolice ciała. Są to tak zwane strefy erogenne i ich drażnienie sprawia kobiecie wiele satysfakcji. Męż­czyzna kochający i dbający o swoją partnerkę stara się zauważyć, jakie pieszczoty sprawiają jej najwięcej przyjemności, bo wie. że dla kobiety ważną formą kontaktu seksualnego jest nie tylko sto­sunek płciowy, ale również cały wielki wachlarz pieszczot, m. in. pocałunki.

Myślę, że człowiek nie powinien robić niczego, co nie jest dla niego miłe i co nie daje mu zadowolenia i satysfakcji seksualnej. Uwaga ta dotyczy również pocałunków i daje jasną odpowiedź (o co pytają dziewczęta), jak powinny zachować się czując wstręt do pocałunku i partnera.

Chłopcy są w tym wypadku w znacznie trudniejszej sytuacji. Tak się już przyjęło w naszej kulturze, że właśnie oni powinni być inicjatorami pieszczot. Jeżeli stroną inicjującą jest dziewczyna, po­stawa taka może nawet odstraszyć chłopca. A z drugiej strony, gdy chłopak przystępuje do pieszczot, dziewczyna broni się. Tę takty­kę stosują w zasadzie bez wyjątku wszystkie przedstawicielki płci żeńskiej. Chłopak musi więc ustalić, czy opór to taktyka i dziew­czyna chce być zdobywana, czy też nie. A to nie jest wcale proste.

Estetyka życia seksualnego

Kiedyś postawiono mi pytanie: co to jest estetyka życia seksualne­go? Zadał mi je młody chłopak w czasie spotkania dyskusyjnego w szkole średniej. Zaskoczyło mnie ono, było trochę inne od typo­wych pytań na tego rodzaju spotkaniach i skłoniło do pewnych przemyśleń.

Pojęcie estetyki odnosimy do subiektywnych odczuć. Gdy coś nam się podoba, mówimy, że jest estetyczne, kiedy indziej coś nas razi i jeżeli chcemy określić nasze odczucia w sposób delikatny, to nie mówimy: to jest odrażające czy wstrętne, tylko: nieestetyczne lub mało estetyczne. Takie określenie może dotyczyć przedmiotów, np. obrazów, mebli, rzeźb, a także precyzować nasze odczucia w stosunku do ludzi czy niektórych czynności. O kimś, kto siorbie zu­pę, .mówimy, że ma nieestetyczny sposób jedzenia.

Estetyka odnosi się też do seksu, tylko że jest bardziej złożonym pojęciem. Już ¡sam wygląd człowieka z punktu widzenia jego atrak­cyjności seksualnej może być bardzo różny. W różnych kulturach i epokach panowały rozmaite upodobania. W okresie baroku posta­cie ludzkie przedstawiano z reguły jako osoby otyłe, na nasz współ­czesny gust ten ideał piękna był znacznie za gruby. Osobnicy rasy żółtej czy Afrykańczycy, którzy nam mogą się podobać, być może będą dla swych współplemieńców nieatrakcyjni. Rzecz gustów, mo­dy, upodobań.

Atrakcyjność człowieka w kontaktach seksualnych wytwarza się, kształtuje w subiektywnym odczuciu partnera i jest sprawą indywidualną. Ludzie mają bardzo różne upodobania, zdetermino­wane zresztą przeżyciami, pozytywnymi lub negatywnymi doświad­czeniami.

Przykład: jeżeli pierwszy partner seksualny miał jakieś cechy wyraźnie zaznaczone, np. był drobny, chudy, subtelny aż do prze­sady, może nieco infantylny, to wtedy, jeżeli dał partnerce wiele satysfakcji, pozostawił silne pozytywne wspomnienia, kobieta może mieć upodobanie do takich właśnie mężczyzn i przez całe życie uważać tylko takich za atrakcyjnych. Jeżeli natomiast kontakt był przykry, np. człowiek ten nie potrafił usatysfakcjonować kobiety, a całe wydarzenie pozostawiło po sobie niesmak, może ona nabrać awersji do tego typu mężczyzn na całe życie i preferować mężczyzn o krańcowo innych cechach fizycznych i psychicznych.

Upodobania, jakie powstają na zasadzie sprzężeń, wytwarza­nych odruchów warunkowych, mogą być różne i niekiedy dziwacz­ne. Znane są przypadki, kiedy zapach dla jednych ludzi nieestetycz­ny i wprost odrażający działa podniecająco seksualnie na innych… Gdyby przeprowadzić analizę przyczyn, często na dnie znajdziemy uwarunkowanie powyżej opisanego typu.

To, co napisałem, nie „zmienia postaci rzeczy, że są pewne wy­obrażenia bardziej uogólnione. Tak na przykład dla przeciętnej ko­biety atrakcyjny będzie chłopak łacinie zbudowany (to znaczy po­stawny, szczupły, wysoki, barczysty), którego cechować będzie pew­na energia, stanowczość, przedsiębiorczość, może sprawność fizycz­na. Czy będzie to brunet, czy blondyn, to już sprawa gustu. Jednak brudne i polepione włosy, woń nie mytych nóg, widok brudnych pa­znokci albo nie ogolony zarost na ogół atrakcyjności nie podnoszą.

Istnieje także pewien ideał dziewczyny. Otyła, pochylona, zgar­biona, ciężko stąpająca, nie uczesana i brudna raczej nie wzbudzi zainteresowania w sensie pozytywnym.

Wielkie znaczenie ma strój. Panuje dość powszechnie dyktatu­ra mody, stwarza ona pewną szarzyznę, ale nawet pod dyktando mody można ubierać się bardziej lub mniej estetycznie.

Sprawą nie docenianą w praktyce w naszej kulturze (a może jej braku) jest bielizna. W kontaktach seksualnych ma to ogromne znaczenie. Tu już jako lekarz muszę powiedzieć, że większość mło­dych ludzi nosi bieliznę nieestetyczną albo nawet brudną. Dziew­czyna musi zdawać sobie sprawę, że w etapie wstępnym gry miło­snej bielizna i jej estetyka odgrywa wielką rolę. Brudna .może zra­zić partnera do tego stopnia, że może on okazać się niezdolnym do dalszego działania… Baczcie na popularność strip-teasu, przecież to właśnie erotyzujący obraz estetycznej bielizny i estetycznego roz­bierania się.

Trzeba szczerze powiedzieć, że mężczyznom znacznie częściej niż kobietom zdarza się nosić nieestetyczną bieliznę. Młodzi chłop­cy rzadko przywiązują wagę do takich „drobnostek”. Noszą jakieś przedziwne kąpielówki, z reguły barwne, by nie było widać na nich brudu; co z tego, zdradza go przykra woń, a to, że nie widać, jest raczej względne. Potworne są męskie „galoty”, może i skuteczne na mrozy, może i chroniące zdrowie, ale na strój mający dodać atrak­cyjności erotycznej nic gorszego nie można było wymyślić.

Jakże inaczej wygląda chłopak w czystych białych slipach (nie chodzi o slipy pływackie, ale model kalesonów) niż w takich ką­pielówkach noszonych tygodniami. A niektórzy nawet w nich sy­piają!

O zapachu już wspominaliśmy. Są zapachy miłe, atrakcyjne, na pewno jednak nigdy nie powinny być to silne zapachy perfum, któ­re mają zagłuszyć niedostatki higieny osobistej. Takie cocktaile woni (rozkładający się pot plus perfumy) są na ogół nie do znie­sienia. Myślę, że najprzyjemniejsze są naturalne zapachy czystego ciała, może z dodatkiem subtelnego zapachu mydła toaletowego i dezodorantu.

Najbardziej atrakcyjny — przynajmniej dla większości — w zbli­żeniach seksualnych jest człowiek nagi. Nagość człowieka młode­go, pięknego jest wartością samą w sobie.

To jednak znów nie takie proste. Nagość zobowiązuje, nagi czło­wiek musi być czysty. Szczególnie ważne jest, by bezpośrednio przed kontaktami seksualnymi dokładnie wymyć okolice najbar­dziej, że tak powiem, .zaangażowane (i równocześnie najbardziej wymagające częstych zabiegów higienicznych). Poza tym człowiek nagi może poruszać się swobodnie, ładnie, estetycznie, ale również jego zachowanie może wszystko popsuć. Obraz nagiej dziewczyny zwiniętej w kłębek i wstydliwie zakrywającej jedną ręką piersi, drugą łono, może być w wydaniu wytrawnej modelki atrakcyjny, na ogół budzi jednak inne odczucia.

W naszej kulturze nagość ciągle z trudem toruje sobie drogę do popularności. Szkoda, bowiem trudno sobie wyobrazić coś piękniej­szego od ludzkiego ciała (oczywiście z upływem czasu atrakcyjność ta niestety zdecydowanie maleje). Nagość to przecież nie tylko bo­dziec estetyczny. Tak działa, gdy jest rzadkością, wydarzeniem. Ale kiedy człowiek oswoi się z nią, zaczyna wówczas w niej dostrzegać nie tylko seks, ale także obiektywne piękno. I nie każdy, może je odczuwać. Wstydliwość wpajana od małego powoduje, że nagość po­raża ruchy, krępuje.

Myślę, że w związku erotycznym warto odkryć tę wartość, na­uczyć się ją cenić i celebrować. Oczywiście trzeba tu pamiętać o pe­wnym krytycyzmie; jeżeli człowiek ma jakieś defekty fizyczne, może warto popracować nad ich usunięciem albo w ogóle ich nie ujawniać.

Myślę, że w naszym społeczeństwie zbyt mało wagi przywiązu­je się do tego wszystkiego, co nazywamy estetyką życia seksualne­go, a co ma kolosalny wpływ na atrakcyjność seksualną w sensie doraźnym, jak i w sensie kultywowania oraz utrwalania związku.

Szacunek do partnera, czyli altruizm w miłości

Odnoszę wrażenie, że tak zwany problem „dowodu miłości” zanika. Coraz rzadziej dziewczęta piszą listy i pytają: „chłopak żąda do­wodu miłości (oddania się, odbycia stosunku). Ja go kocham. Zgo­dzić się czy nie?” Myślę, że nawet do tych najbardziej prymityw­nych chłopców, którzy na wczesnym etapie erotyzmu kierują się głównie popędem o charakterze podkorowym, dotarła wreszcie świadomość absurdalności takiego żądania. Bo przecież w tym żą­daniu jest cały jawny egoizm: chłopak myśli tylko o sobie i o siebie tylko dba. Chce brać — nie dawać. Może to i zwrot dość zgrabny „dowód miłości”. Tylko że treść mało ma wspólnego z miłością żądającego.

Dziewczyna, która zgadza się dać ten dowód, rzeczywiście po­twierdza swe oddanie. Najczęściej robi to zresztą wbrew swoim chęciom. Wiadomo że dziewczęta później dojrzewają seksualnie niż chłopcy. Wiadomo, że przeciętna dziewczyna przed 18 rokiem życia na ogół nie odczuwa popędu seksualnego. Wiadomo, że sto­sunki płciowe są dla młodych dziewcząt najczęściej pozbawione satysfakcji — przeciwnie, często są bolesne, przykre. Mimo to wszystko dziewczyna zgadza się. Dlaczego? Najczęściej dlatego, że naprawdę kocha. Wie, że chłopakowi zależy na współżyciu, że tego bardzo chce. Czasem boi się, że chłopak może odejść, jeżeli nie bę­dzie z nim współżyła. Ale chłopak? Czy on kocha?

No właśnie. Czy on kocha? Po czym to poznać?

Takie pytania dziewczęta stawiają dość często dorosłym. Chcą wiedzieć, szukają jakiegoś „testu na miłość”. A odpowiedź na py­tanie nie jest łatwa.

Miłość to przecież co innego niż pożądanie. Te dwa uczucia zapewne są ze sobą związane, może niekiedy stanowią nawet całość trudną do rozdzielenia. Ale przecież to nie to samo!

Pożądanie to właśnie poszukiwanie „dowodu miłości”. Nie zaw­sze jest tak prosto. To może być także i fascynacja drugą osobą. Może wiązać się z tym także i pewne poświęcenie: z samozapar­ciem niekiedy dąży się do zdobycia celu, można wiele dać z siebie, by zdobyć osobę pożądaną. Zachowanie mężczyzny może wówczas wprowadzić w błąd: można sądzić, że chłopak jest zakochany.

Ale prawdziwa miłość to altruizm. Miłość to chęć dawania, nie tylko brania. To także fascynacja drugą osobą, ale i stan, w któ­rym dobro, potrzeby, w którym całą osobę kochaną stawia się po­nad siebie i swoje cele. Zresztą w prawdziwej miłości nie ma już celów „moich i twoich”. Jest jeden cel nadrzędny: osoba kochana.

Dla osoby kochanej chłopak na pewno zdolny jest opanować swój popęd. Nie znaczy to wcale, bym sądził, że jedynie miłość platoniczna (pozbawiona dążności do współżycia seksualnego) jest prawdziwą miłością i że współżycie seksualne miłość „biologizuje” czy „upadla”. Chodzi o to, że prawdziwie kochający chłopak może poza pożądaniem odczuwać nadrzędność spraw dziewczyny. I taki chłopak nie żąda dowodu miłości, on sam taki dowód daje dbając przede wszystkim o swą dziewczynę.

Piszę o tym dlatego, że w okresie młodzieńczym szczególnie ostro zarysowują się różnice między mężczyzną i kobietą. Dla dziewcząt podstawową potrzebą jest potrzeba kochania. One chcą kochać i chcą być kochane. Współżycie seksualne jest tu potrzebą drugorzędną. Wiele na to wpłynęło, że dziewczętom współżycie nie zawsze jest potrzebne. Często bardzo komplikuje im życie. Do współżycia trzeba przecież dojrzeć, a na to trzeba czasu!

O dziewictwie współcześnie

Jak wiadomo z anatomii, pochwa jest kanałem mięśniowym pokry­tym od strony światła błoną śluzową. Łączy ona tak zwaną okoli­cę sromową z macicą. Wejście do pochwy jest zasłonięte fałdą bło­ny śluzowej zwaną błoną dziewiczą. Błona ta stanowi jakby prze­grodę zwężającą wejście do pochwy. Błona może mieć bardzo róż­ny kształt — może stanowić tylko małą fałdę półksiężycowato ster­czącą do światła, może być bardzo rozległa, tak że jedynie drobne otworki są drogą łączącą światło pochwy z zewnątrz. Może być cienka i łatwo ulec rozdarciu, a może być skórzasta, niepodatna. W takim przypadku staje się istotną przeszkodą w rozpoczęciu ży­cia płciowego) i może nawet wymagać bezbolesnej interwencji chi­rurga.

Tyle anatomia.

Seksuolodzy na temat błony dziewiczej także mają coś do po­wiedzenia. Faktem jest, że zazwyczaj pierwszy stosunek płciowy wiąże się z jej uszkodzeniem. Najczęściej jest to jej przerwanie, niekiedy w kilku miejscach. Takiemu przerwaniu towarzyszy nie­znaczny ból i krwawienie. Oczywiście w zależności od tego — czy błona była grubsza, duża — krwawienie może być obfitsze lub nie, a może również wcale nie występować. Ból także jest zależny od budowy anatomicznej błony. Może być tak, że błona jest tak mała, iż nie stanowi przeszkody w odbywaniu stosunku i może nie ulec uszkodzeniu. Znane są wypadki, że pozorne „dziewice” z nie usz­kodzoną błoną rodziły dzieci…

Uszkodzona błona wymaga pewnego czasu do, zagojenia się. By­wa tak, że kobieta rozpoczynając współżycie odbywa wiele stosun­ków w krótkim czasie. Następuje wtedy drażnienie nie zagojonej rany, sprawiające ból, co może stać się przyczyną zrozumiałej zu­pełnie niechęci do współżycia seksualnego. Dziwne, ale mężczyźni o tej tak oczywistej sprawie nie pamiętają.

Tak więc przerwanie błony następuje w czasie pierwszego sto­sunku. Może być to związane z bólem i ból może być różnie nasi­lony. Nie jest to na ogół jednak jakiś ból straszny, bo w wyobraże­niach dziewcząt bywa on często, demonizowany. Tak czy owak, cały problem inicjacji wymaga od chłopaka wiele taktu, wyczucia, kul­tury przed przygotowaniem dziewczyny psychicznie. Wszelka brutalność, która niby ma odpowiadać wyobrażeniu męskiego po­stępowania, twardej postawy, jest — jak w ogóle w zakresie erotyzmu — nie na miejscu. Nigdy dość delikatności, subtel­ności.

W chwili samej defloracji natomiast energiczna, „męska” decy­zja jest konieczna. Brak tej decyzji w rozstrzygającym momencie powoduje nierzadko poważne kompleksy.

Tyle seksuolog.

Okazuje się jednak, że problem dziewictwa i błony dziewiczej to nie tylko anatomia i seksuologia. Wokół tego zagadnienia na­rosło wyjątkowo wiele mitów, przesądów czy wprost legend. Cie­kawe, że wiele z nich funkcjonuje do dziś.

Całość błony dziewiczej miała świadczyć o „czystości”, o cnocie kobiety. Do dziś w niektórych krajach Wschodu, jeżeli podczas nocy poślubnej okaże się, że kobieta nie jest dziewicą, zostaje odprowa­dzona do rodziców, posag musi być zwrócony, a oszukany mąż ma prawo do przeróżnych represji… Na kobietę spada odium hańby. Taka kobieta nigdy nie wyjdzie za mąż.

W naszej kulturze nikt aż takiej wielkiej wagi nie przywiązuje do całości tego skrawka błony śluzowej, choć w wypowiedziach młodych mężczyzn często słyszy się, że chcieliby poślubić kobietę- -dziewicę. Jest to o tyle dziwne, że najczęściej głosiciele tej teorii sami dziewiczymi nie są, a niekiedy „mają na swym koncie” niejed­ną dziewczynę, którą wprowadzili w życie seksualne.

Można oczywiście mieć różne poglądy na temat życia przedmał­żeńskiego. Można uznawać współżycie seksualne w tym okresie życia za niedopuszczalne, ale wtedy taka zasada powinna obowią­zywać chyba zarówno mężczyznę, jak i kobietę. Taka postawa jest wynikiem religijnego światopoglądu i jest rzeczą oczywistą, że je­żeli ktoś deklaruje się jako praktykujący katolik to normatywy obowiązujące w Kościele obowiązują go. Inna sprawa, że właśnie w tym zakresie zawsze występowało szczególnie dużo niekonsek­wencji. Badania amerykańskiego seksuologa, Kinseya, wykazały, że znaczny procent ludzi, nawet wierzących, rozpoczynało współży­cie jeszcze przed ślubem.

Taka sytuacja jest chyba wynikiem zmian, jakie zaistniały w naszej cywilizacji: młodzież dojrzewa fizycznie coraz wcześniej, a coraz później osiąga dojrzałość społeczną, coraz później ma moż­liwość zawierania związków małżeńskich. Wydaje mi się, że mał­żeństwo w Polsce praktycznie jest możliwe do zawarcia na trwa­łych podstawach ekonomicznych przez ludzi dojrzałych psychicznie, i to chyba dopiero w wieku 23—25 lat. Ma więc miejsce sytuacja, że przez około 10 lat — od chwili osiągnięcia dojrzałości seksualnej — człowiek powinien powstrzymywać się od współżycia seksual­nego. Nie wiem, czy jest to możliwe, czy dla wszystkich równie łatwe.

Z obserwacji widać, że młodzi ludzie rozpoczynają współżycie bardzo często przed ślubem i dla osób o światopoglądzie laickim nie jest to niczym gorszącym. Nieważne jest tu samo podejmowa­nie współżycia — ale jego formy, obyczajowość przedślubna. Może być to postawa i zachowanie budzące szacunek, może być też coś odrażającego, może być to zachowanie uczciwe (choć bez ślubu), ale także często jest to odrażający promiskuityzm. Wszystko zależy od ogólnej kultury człowieka.

Błona dziewicza w tych warunkach i stopniu rozwoju cywili­zacyjnego straciła swą rangę. Wiemy, że i bez stosunku płciowego kobieta może przeżyć bardzo wiele doznań seksualnych z orgazmem włącznie. Wiadomo, że młode dziewczęta najsilniejsze doznania osiągają nie w czasie stosunku płciowego, który odbywany z mło­dym i niedoświadczonym, nieopanowanym chłopakiem rzadko jest dla nich czymś przyjemnym. Orgazm znacznie łatwiej wywołać u dziewczyny poprzez pieszczoty zwane pettingiem. Bo stosunek, jak już wspomnieliśmy, bywa bolesny (niekoniecznie tylko pierw­szy), bo dziewczyna boi się ciąży, ma poczucie czegoś bardzo, waż­nego i często nie jest pewna, czy to, co robi, jest słuszne. Takie od­czucia towarzyszące stosunkowi nie sprzyjają satysfakcji. A w cza­sie pieszczot uprawianych podczas pettingu zahamowania te są dużo słabsze. Tak więc może zdarzyć się, że kobieta będzie miała co prawda nie naruszoną błonę dziewiczą, ale ogromny bagaż do­świadczeń seksualnych. A wtedy całość błony okaże się wątpliwym świadectwem jej „czystości”.

Wydaje mi się, że problem błony dziewiczej uległ degradacji także w ramach tak zwanego równouprawnienia kobiet. Nie jestem pewny, czy owo równouprawnienie, rozumiane potocznie jako zrów­nanie różnic w zakresie płci, jest słuszne i możliwe. Wydaje mi się, że różnice powinny istnieć i że dodają one uroku życiu. Tyle że nie może być tu mowy o dyskryminacji. A problem dziewictwa był chyba przykładem takiej dyskryminacji. Bo przecież chłopcy nie mają podobnego „wskaźnika” dziewictwa, od nich nikt nie żądał dziewictwa przed małżeństwem. Dlaczego więc błona dziewicza stanowiła taki ważny problem?

Myślę, że jest to zagadnienie trochę już przebrzmiałe. Wartość kobiety, jej urok, jej wartość szczególnie jako partnerki życia (prze­cież nie tylko w łóżku!) na pewno nie zależy od błony dziewiczej.

Tak zwana „oziębłość płciowa kobiet”

Tytuł tego rozdziału jest opatrzony cudzysłowem, ponieważ poglądy seksuologów na zjawisko braku satysfakcji seksualnej kobiet uległy dość istotnej przemianie. Nie jest tak, jak dawniej sądzono, że nie­zdolność do osiągania satysfakcji seksualnej (przeżywania orgaz­mu) jest związana z anatomicznymi wadami budowy kobiety. A na­wet więcej — wydaje się, że już niedługo sprawa ta w ogóle prze­stanie być jednym z bardziej istotnych problemów seksuologii i przejdzie do historii.

Parę wyjaśnień i faktów.

W latach czterdziestych w Ameryce działał wielki badacz, kla­syk seksuologii, Alfred Kinsey, o którym już wspominałem. Jako pierwszy zastosował on na szeroką skalę metodę badań socjologicz­nych na użytek seksuologii. Poczynił wiele spostrzeżeń, między innymi stwierdził, że około 40% kobiet, nawet żyjących w mał­żeństwie, nie doznaje orgazmu w czasie kontaktów z mężczyzna­mi.

W Polsce, co prawda na mniejszą skalę niż Kinsey, ale również cenne badania prowadziła Hanna Malewska. Zbadała ona ponad 800 kobiet (wszystkie były mężatkami) i między innymi stwierdzi­ła analogiczne zjawisko: i u nas prawie połowa badanych kobiet nie doznawała satysfakcji seksualnej.

Kobieta, która współżyje seksualnie i nie osiąga orgazmu, czyli odprężenia, popada w stan rozdrażnienia, traci chęć do współżycia, a kontakty seksualne stają się dla niej stopniowo coraz bardziej uciążliwym obowiązkiem, budzą odrazę. Jasne, że taki związek jest dla kobiety ciężarem, nie może być mowy o harmonii w małżeń­stwie, co może grozić rozpadem rodziny.

Spróbujmy pokrótce zanalizować przyczyny tego zjawiska. Mo­gą one tkwić w samej kobiecie. Jeżeli nie jest ona emocjonalnie zaangażowana, jeżeli nie kocha mężczyzny, z którym współżyje, lub przynajmniej nie jest nim zafascynowana, kontakt seksualny nie jest w stanie sprawić jej przyjemności. Na podstawie badań Malewskiej można stwierdzić, że kobieta, która po raz pierwszy rozpoczęła współżycie z mężczyzną nie kochanym, może w spo­sób trwały utracić zdolność osiągania satysfakcji nawet w kontak­tach późniejszych, już z mężczyzną, z którym wiąże ją uczu­cie.

Dalej, jeżeli kobieta ma przeświadczenie, że współżycie seksu­alne jest czymś wstrętnym, grzesznym, niemoralnym, a mimo to podejmuje kontakty płciowe, nie może odczuwać orgazmu, ponie­waż jej poglądy stwarzają poważny konflikt. Nie aprobując sytu­acji, swojego postępowania, ma ona silne poczucie winy i o osią­ganiu satysfakcji nie może być nawet mowy.

Nie bez znaczenia jest niekiedy lęk przed ciążą. Jeżeli kobieta w czasie stosunku cały czas martwi się i boi ciąży, nie jest pewna, czy jest prawidłowo i skutecznie zabezpieczona, to oczywiście nie przeżywa stosunku jako pożądanego i pięknego aktu.

Reasumując: jeżeli kobieta w czasie zbliżenia jest napięta, drę­czy ją poczucie winy, jest niezadowolona ze swojej (czy rzeczy­wiście swojej?) decyzji, nie może osiągnąć satysfakcji. Są to względy psychiczne.

Mogą być także przyczyny fizyczne. Otóż, jeżeli stosunek jest bolesny, trudno wymagać, *aby przyniósł pozytywne odczucia. Tak może być w przypadku nadżerek, nie zagojonych ranek na błonie dziewiczej, w przypadku niewłaściwych proporcji między narzą­dami płciowymi kobiety a organem płciowym partnera. (Takie przyczyny zdarzają się wyjątkowo rzadko). Bywają i inne przy­czyny anatomiczne, ale to już są sprawy, które wymagają porady seksuologa ginekologa. Może być i tak, że budowa anatomiczna kobiecych narządów płciowych zewnętrznych utrudnia odbieranie bodźców w czasie stosunku. I wtedy znów potrzebny jest gineko­log seksuolog.

Kolejnym zagadnieniem, wiążącym się z przyczynami braku satysfakcji seksualnej kobiet, jest jej partner. Mówiliśmy już po­wyżej, że dla wielu kobiet ogromne znaczenie ma stosunek emoc­jonalny do mężczyzny. Oczywiście o uczucia dziewczyny można zabiegać, można starać się zdobyć jej sympatię, nie jest to jednak ani proste, ani tak szybko nie następuje. Można natomiast uniknąć wielu niepowodzeń wynikających albo z prymitywizmu, albo z braku uświadomienia mężczyzny.

Przed kontaktem płciowym z kobietą trzeba wytworzyć właś­ciwą atmosferę, pełną życzliwości, zrozumienia, tkliwości. Jeżeli kobieta jest zmęczona, zdenerwowana, trudno oczekiwać od niej chęci do współżycia i wymagać, by na dodatek odczuwała ona satysfakcję. Dobry partner przygotowuje kobietę psychicznie na kilka godzin przed podjęciem czynności seksualnych. Chodzi o pewną aurę, o okazywanie jej zainteresowania, o zabieganie o jej dobre samopoczucie. Działania mężczyzny powinna cechować subtelność. Pieszczoty muszą narastać stopniowo, rozbudzenie ero­tyczne kobiety jest zabiegiem złożonym i musi mieć Swój czas trwania. Mężczyzna powinien dbać o estetykę swojego wyglądu i o kulturę zachowania. Dla wielu kobiet, zwłaszcza w pierwszym okresie podejmowania współżycia, całkowita nagość mężczyzny, zwłaszcza w stanie wzwodu członka, może budzić obawy, sprzeciw czy wręcz odrazę. Widok nagiego mężczyzny nie jest dla młodej dziewczyny czymś codziennym, zwłaszcza w takim stanie… Męż­czyzna powinien dbać, aby jego ciało było czyste, pozbawione niemiłej woni.

Stosunek płciowy, który jest momentem kulminacyjnym kon­taktu seksualnego, powinien być kolejnym tylko etapem, a nie jedyną formą kontaktu. W wytworzonym stereotypie wyobrażenia o „dobrym” mężczyźnie (tym, który zawsze jest gotowy, szybko doznaje wzwodu i zdolny jest do natychmiastowego stosunku, naj­lepiej parokrotnego) potrzeby kobiety, jeżeli są w ogóle dostrze­gane, to tylko w takim sensie, że przeciętny mężczyzna chce, aby stosunek trwał możliwie długo. Ale jeżeli jest on dla kobiety przykry i bolesny? W takim przypadku chyba wolałaby ona, żeby zbyt długo nie trwał…

Stosunek może w ogóle się nie odbyć i jeżeli mężczyzna czuje, że kobieta ma opory, nie chce stosunku, powinien z niego zrezygnować. Nie oznacza to natomiast, że powinien zaniechać pieszczot i zrezygnować ze swoich działań. Wręcz przeciwnie, samymi pieszczotami powinien doprowadzić ją do orgazmu (poprzez petting).

Partner powinien znać upodobania kobiety, a nawet je kształ­tować i wyrabiać wrażliwość jej ciała na pieszczoty. Wymaga to ze strony mężczyzny wiele wiedzy o kobiecie (o reaktywności jej ciała), zdolności obserwacji i wnioskowania, wreszcie dużej dozy dobrej woli. Jak więc widzimy, trzeba czegoś innego, czegoś znacz­nie bardziej złożonego niż prężna i okazała męskość zdolna do czynu zawsze i wszędzie…

Bywa, że przyczyną niepowodzeń jest niewłaściwa technika stosunku (pozycja) i wtedy trzeba ją zmienić.

Jak widać, udział mężczyzny w rozwoju erotycznym kobiety jest ogromny. Może on wiele zrobić — zniechęcić, obrzydzić, zohydzić jej współżycie seksualne i w konsekwencji stać się przy­czyną tak zwanej oziębłości. Ale może być też inaczej — wrażliwy partner jest w stanie zachęcić kobietę i wprowadzić ją w arkana gry miłosnej, pokonać jej opory i zahamowania.

Dlatego trzeba, aby oboje zdawali sobie sprawę z odpowie­dzialności, jaką podejmują rozpoczynając współżycie. Chłopak bie­rze na siebie wielki i trudny obowiązek, dziewczyna powierza spra­wę bardzo ważną, tylko komu? Ozy wybór zawsze jest słuszny, czy chłopak naprawdę odpowiada wymaganiom i sprosta im? Bo za pomyłki płaci się niekiedy bardzo drogo.

O niepowodzeniach inicjacji

W artykule tym chciałbym omówić pewne często występujące zja­wisko, które niekiedy wiąże się z inicjacją, choć może występować także i u mężczyzn już doświadczonych. Chodzi o przedwczesny wytrysk nasienia w czasie stosunku lub przed jego rozpoczę­ciem.

Jest to dość częsta dolegliwość i stanowi ona jedną z najczęst­szych skarg zgłaszanych seksuologowi przez mężczyzn. Przed­wczesny wytrysk powoduje, że mężczyzna czuje się upokorzony, uważa, że zawiódł partnerkę. Przy wytrysku, który następuje pra­wie natychmiast po rozpoczęciu stosunku, trudno mówić o satys­fakcji seksualnej kobiety; upłynęło za mało czasu, by mogła ona osiągnąć orgazm.

Przyczyną przedwczesnego wytrysku jest nadmierna pobudli­wość seksualna. Występuje ona u mężczyzn młodych, odczuwają­cych silne napięcie seksualne, szybko się podniecających, dla któ­rych kontakt z kobietą jest czymś bardzo pobudzającym. Oczywiś­cie cechy te są pozytywne, na przyszłość rokują jak najlepiej. Tyle że w teraźniejszości mogą trochę dokuczać.

Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że jeżeli chłopak nie jest podatny na nerwicę, jeżeli będzie miał właściwy stosunek do swej przypadłości, rzecz minie sama, bez leczenia. W miarę upływu czasu, w miarę zdobywanego doświadczenia, pewnego „oswojenia się” z kobietą, jej ciałem, sytuacjami erotycznymi, pobudliwość będzie maleć. Czas, jaki będzie dzielić początek kontaktu z ko­bietą do chwili wytrysku, będzie się wydłużał, aż problem sam zniknie.

Łatwo to jednak zakładać teoretycznie, trudniej przeżyć w spokoju. Co więc robić?

Po pierwsze — nie martwić się, nie popadać w kompleksy, nie rozpaczać. Po drugie — nie unikać kobiet, a wręcz przeciwnie, starać się uregulować swoje życie seksualne. Po trzecie — zasto­sować pewną określoną technikę kontaktów. Powinna ona pole­gać na założeniu, że nie tylko stosunek jest dla kobiety źródłem satysfakcji, ale znacznie cenniejsze są dla niej pieszczoty zwane grą miłosną. Mężczyzna, u którego występuje przedwczesny wy­trysk, powinien założyć z góry, że kontakt ograniczy się do piesz­czot, i w ogóle nie powinien planować stosunku. Z całą pewnością młoda partnerka z chęcią poprzestanie na pettingu, w którym prze­cież istnieje możliwość osiągnięcia pełnej satysfakcji seksualnej. Przedwczesny wytrysk powinien być niejako z góry zaakceptowa­ny przez mężczyznę, wkalkulowany w plan działania. Plan ten zakłada, że wytrysk powinien nastąpić — że tak powiem — bez udziału partnerki. Po wytrysku mężczyzna może przejściowo utra­cić chęć do pieszczot. Jednak powinien się zmobilizować i nie oka­zać partnerce odpływu zainteresowania. Jest on zresztą czasowy, po chwili nastąpi ponowne zainteresowanie partnerką, podniecenie seksualne, a nawet wzwód. I teraz, po pierwszym wytrysku, pobu­dzenie jest znacznie mniejsze; sytuacja „spowszedniała” i mógłby się nawet odbyć normalny stosunek. Może on być niekoniecznie bardzo długi, ale na pewno trwać będzie dłużej, niż gdyby doszło do niego za pierwszym razem.

Poprzednio pisałem o okolicznościach, które powinny towarzy­szyć kontaktowi seksualnemu. Są one także bardzo ważne w przy­padku wytrysku przedwczesnego; w tych sytuacjach nie powinno się odbywać kontaktów w pośpiechu, trzeba starać się organizo­wać kontakt na całą noc, zapewniając kilka godzin spokoju i sprzy­jającej atmosfery. Jak zawsze, wiele zależy od partnerki. Jeżeli dziewczyna kocha, jest kulturalna i wyrozumiała, może wiele zrobić dla poprawy sytuacji. Trzeba pamiętać, że w mężczyźnie przedwczesny wytrysk ugruntowuje poczucie kompromitacji, niepełnowartościowości. Tego typu wątpliwości współpartnerka może rozwiać odpowiednim postępowaniem.