O dewiacjach i nie tylko

Ludzie wykazujący dewiacyjne skłonności napotykają często róż­nego rodzaju szykany, objawy nietolerancji. W przekonaniu seksu­ologów i psychiatrów często więcej zła wynika z tej właśnie nieto­lerancji niż z samej dewiacji. Oczywiście można tak powiedzieć tylko wtedy, kiedy jakieś zachowanie nie jest społecznie szkodliwe. Faktem jest, że wielu ludzi wykazujących dewiacyjne upodobania, nikomu nie szkodzące, bardziej cierpi z powodu wstydu, obawy przed dekonspiracją czy wprost prześladowaniami niż z powodu jakichś dziwactw zachowania seksualnego.

Jednym z wielkich zadań seksuologii jest przekonanie społe­czeństwa, że należy, jeżeli to tylko możliwe, wykazywać tolerancję dla ludzkich upodobań. Trzeba przyjąć zasadę, że jeżeli ktoś za­chowuje się społecznie nienagannie, nikomu nie szkodzi, nikogo nie krzywdzi, należy jego sprawy osobiste pozostawić jemu. Pod­stawowym wymogiem kultury, już nie tylko seksualnej, jest zasada niewtrącania się w sprawy osobiste innych ludzi. „Zaglądanie in­nym pod kołdrę, wścibianie nosa w nie swoje interesy” jest w tym zakresie objawem chamstwa i prymitywizmu.

Jakie są przesłanki do propagowania tego typu postaw?

Zacznijmy od przesłanek prawnych. Przepisy kodeksu karnego wyraźnie regulują zachowanie i dopuszczalność różnych form aktyw­ności seksualnej. Pisałem już kiedyś o polskim kodeksie i jego po­stanowieniach w tym zakresie. Tu chciałbym tylko przypomnieć, że polski kodeks karny jest w zasadzie bardzo postępowy i toleran­cyjny. Chroni interes osobisty człowieka zapewniając mu wolność zachowań, karze natomiast tych, którzy chcieliby siłą czy podstę­pem zmusić kogoś do jakichkolwiek form współżycia seksualnego. Chroni także przed demoralizacją, rozumiejąc ją zresztą bardzo szeroko, a więc przed nieobyczajnym zachowaniem w miejscu pu­blicznym, przed nieprzyzwoitymi produktami twórczości „arty­stycznej” (pornografia) itp. Wreszcie kodeks szczególnie chroni dzieci i młodzież oraz osoby, które znajdują się w stanie niepełnej świadomości.

Tak więc większość zachowań dewiacyjnych, jeżeli tylko nie narusza niczyjego dobra, jest przez nasz kodeks dopuszczalna. Praktycznie mało kto może z powodu swego zachowania, swych upodobań podlegać karze.

Zupełnie inaczej zachowuje się społeczeństwo. W swej ogromnej większości jest nietolerancyjne, brutalne i wprost kołtuńskie. Z wypiekami na twarzy, z niebywałą emocją śledzi zachowa­nie ludzi, a w szczególny sposób interesuje się sprawami „łóżko­wymi” innych bliźnich. Wystarczy, że ktoś nie afiszuje się ze swym życiem seksualnym, żyje samotnie i przykładnie, by już budził wątpliwości i podejrzenia: „on musi być nienormalny, bo nie żyje jak inni”. Sam fakt, że ktoś ma upodobania dewiacyjne, jest dostatecznym powodem do potępienia — nie trzeba niczego więcej.

Wścibskość ludzi jest niekiedy straszna. Zgłosił się do mnie kiedyś pacjent, mężczyzna ze wsi, i prosił o zaświadczenie, że nie jest zdolny do współżycia seksualnego. Była to niestety prawda — mężczyzna wykazywał znaczny stopień niedorozwoju narządów płciowych. Otóż cała wieś od kilku lat prześladowała go wprost py­taniem: „dlaczego on się nie żeni!?”. Wywierano na niego nacisk, brutalnie swatano go z różnymi kobietami. On sam już wyjaśnił wszystko sołtysowi, ale to nie pomogło. Chciał mieć zaświadczenie i okazać we wsi wszystkim, że on naprawdę żenić się nie może, aby wreszcie dali mu spokój. Gdyby nie gospodarstwo, wyniósłby się do miasta, ale był zamiłowanym rolnikiem. Zresztą gdyby zamiesz­kał w mieście — podobne naciski mogły go spotkać ze strony towa­rzyszy pracy, sąsiadów itp.

Znam przypadki, kiedy to homoseksualista żenił się, by roz­wiać podejrzenia i zdobyć spokój w swym środowisku. Oczywiście unieszczęśliwiał swą „żonę” i bardzo komplikował sobie życie. A działo się to tylko z powodu ludzkiej nietolerancji.

Okazuje się, że nasza opinia społeczna jest bardziej represyjna i nietolerancyjna niż kodeks karny. Więcej, właśnie tylko na tym tle rysuje się taka nietolerancja. Bo przecież wiadomo, że złodzie­jem (no, może nie takim drobnym, ale malwersantem) społeczeń­stwo nie brzydzi się, nie odrzuca go. Wiadomo przecież, że często utrzymuje się kontakty towarzyskie z ludźmi, których sytuacja materialna jest co najmniej podejrzana. I choć na ucho każdy mówi, że to na pewno kombinator (eufemistyczne określenie zło­dzieja), to go i w domu przyjmuje się, i w pracy toleruje. Ale niech tylko o kimś powiedzą, że to homoseksualista — to już jest inna sprawa. Takiego się odrzuca.

Jest w tym jakaś zaciekłość i zakłamanie. I to właśnie często tak bardzo szkodzi tym ludziom.

Był kiedyś wypadek, że sąsiedzi wykryli fetyszystyczne upodo­bania samotnego, starszego mężczyzny. Już dłuższy czas zastana­wiano się, jak to jest, że „taki sobie jeszcze niczego” mężczyzna żyje sam, nikt go nie odwiedza. Sprzątała u niego dozorczyni domu. Opowiadała, że ma on jakąś szafę-bieliźniarkę stale zamkniętą na porządny zamek. Co tam ukrywa?

Sąsiedzi zorganizowali spisek. Pod nieobecność gospodarza wła­mali się do tej szafy i wykryli kolekcję damskiej bielizny. To już nie dało im spokoju. Zaczęli śledzić, podglądać, aż wreszcie wykryli. Po powrocie do domu rozkładał on damską bieliznę, sam się prze­bierał i w kontakcie z bielizną onanizował się. Była to rewelacyjna sensacja. Sąsiedzi tak zaczęli dokuczać dewiantowi, że musiał pod­dać się leczeniu psychiatrycznemu, oczywiście zmieniając miejsce zamieszkania. A przecież nikomu niczym nie szkodził. Był porząd­nym człowiekiem, pracującym owocnie w swym zawodzie, ludziom życzliwy. Dlaczego go to spotkało?

Jest jeszcze jeden argument przeciw prześladowaniu tych ludzi. Otóż, trzeba powiedzieć, że poza okresem wstępnym — młodością (i to nie zawsze) dewiantów seksualnych nie umiemy na ogół le­czyć. Jeżeli trafia do nas dorosły pacjent z utrwalonymi już od­ruchami i stereotypem zachowań, to leczenie jego jest bardzo trud­ne. Trafiają oni do lekarzy zazwyczaj dlatego, że boją się opinii społecznej. Nie dlatego, że jest im źle. Wielu pogodziło się ze swy­mi upodobaniami i ich sposób uprawiania seksu im odpowiada. Chcą się leczyć, bo boją się społeczeństwa, wykrycia ich upodobań, a po­tem nietolerancji. Często boją się także, by nie dowiedziała się ich rodzina. Taki lęk to straszne brzemię. Muszą się ukrywać przed wszystkimi. Nie zawsze jest to łatwe.

Leczenie takich pacjentów, którzy z reguły są ludźmi biednymi, depresyjnymi (zazwyczaj budzą litość), polega na tym, by dopro­wadzić do samoakceptacji. Chodzi o to, by przestali się obawiać, by przestali uważać siebie za kogoś gorszego, niepełnowartościowe- go. I tu do uzyskania pozytywnego wyniku leczenia potrzebna jest pomoc społeczeństwa.

Ostatnie lata przyniosły wielką poprawę sytuacji. Dziś spotyka­my już przypadki, kiedy to nawet rodzice akceptują na przykład nieuleczalny homoseksualizm swego dziecka. Na pewno nie zdarza się to często, ale wydaje się, że tolerancja jest coraz większa. I to jest bardzo ważne.